<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>podroze &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/podroze/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "podroze"</description>
	<pubDate>Thu, 21 Aug 2008 11:35:14 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Polska Farma]]></title>
<link>http://jadzienna.wordpress.com/?p=36</link>
<pubDate>Wed, 20 Aug 2008 22:23:56 +0000</pubDate>
<dc:creator>jadzienna</dc:creator>
<guid>http://jadzienna.wordpress.com/?p=36</guid>
<description><![CDATA[Jest takie miejsce w prowincji Quebec, gdzie nawet psy szczekają po polsku. Około półtorej godzi]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Jest takie miejsce w prowincji Quebec, gdzie nawet psy szczekają po polsku. Około półtorej godziny jazdy na południe od Montrealu, tuż przy granicy z USA znajduje się kawałek polskiej ziemi. Miejsce spotkań Polonii z Montrealu i okolic - Polska Farma.</p>
<p>To spory teren, na którym można odpocząć, zabawić się, zjeść pierogi, bigos, gołąbki, a przy ognisku usmażyć kiełbasę. Połazić po lesie, popływać w jeziorze. W sobotę wieczorem dyskoteka, w niedzielę rano msza polowa. I tak co tydzień. Zabawa jest dobrą sytuacją do podsłuchania co ludzie myślą, a wśród tutejszej polonii panują różne opinie o Polsce. Wielu ludzi od dawna nie było w kraju.</p>
<p>You know... kiedy ja słyszę, że Polska i USA to przyjaciele, to myślę sobie, to jest jakiś <em>joke</em>! Jak Polacy mogą w to wierzyć! Jak rząd może nabrać się na takie coś!</p>
<p>Pojawiają się również opinie o samej polonii:</p>
<p>Tutaj Polacy są inni, nikt ci nie pomoże. Pojedź do Ontario, tam, jak wejdziesz do baru, to wszyscy z tobą chcą pogadać, są mili, pomagają. Tutaj [w Montrealu] każdy tylko patrzy, żeby mieć więcej i zazdrości innym.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Jakże niepokojąca jest ta nuda]]></title>
<link>http://radeko.wordpress.com/?p=333</link>
<pubDate>Tue, 19 Aug 2008 21:44:41 +0000</pubDate>
<dc:creator>Radek Oryszczyszyn</dc:creator>
<guid>http://radeko.wordpress.com/?p=333</guid>
<description><![CDATA[Nigdy nie sądziłem, że nuda może być taka niepokojąca i urzekająca. A taka właśnie jest kon]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><a href="http://radeko.files.wordpress.com/2008/08/dscf82771.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-335" src="http://radeko.wordpress.com/files/2008/08/dscf82771.jpg?w=300" alt="" width="269" height="202" /></a>Nigdy nie sądziłem, że nuda może być taka niepokojąca i urzekająca. A taka właśnie jest konstancjańska nuda. Żadnych śmieci na ulicy, żadnych ulicznych opryszków, żadnego napięcia, kiedy wraca się w nocy do domu. Skoro rowery za kilkaset euro porzucane są pod domami, to po co sprawdzać bilety w autobusach i na promach relacji Konstancja-Meersburg? Na tych promach odpływających co kilka minut jest przerażająco przyjaźnie i bezpiecznie, pomimo braku jakichkolwiek zabezpieczeń. Dzieciaki o różnych kolorach skóry skaczą po barierkach, a ich różnokolorowi rodzice nic sobie z tego nie robią. I tak nikomu się nic złego nie stanie, bo tutaj nikomu nic złego się nie dzieje. Bileter nie prosi o bilety - pyta, czy ktoś sobie życzy bilet. I można sobie bilet zażyczyć lub jechać bez biletu.</p>
<p style="text-align:justify;">Nocne knajpy tętnią życiem starców, którzy przepuszczają w nich emerytury na reńskie wina i syte kolacje. Nie widziałem jak do tej pory w żadnej restauracji nikogo przed trzydziestką, oczywiście poza uprzejmymi kelnerkami o wybitnie mało nordyckich rysach twarzy. Na promenadzie w Meersburgu, w natłoku włoskich restauracji i kawiarń, pod prawdziwymi palmami, króluje wino, rozcieńczane z wodą, zgodnie z antycznym obyczajem. Nikt nie nadużywa alkoholu - jedyną pijaną osobą, którą widziałem, był właściciel bardzo "niszowej" knajpy położonej pod mostem na Renie, który moją prośbę o jedno piwo, wypowiedzianą nieporadnym, ale zrozumiałym niemieckim, skwitował rubasznym, zgoła bawarskim śmiechem. Piwo w końcu dostałem, ale w zamian zaserwowano mi coś w rodzaju niemieckiego disco-polo, co potraktowałem jako kolejną próbę Kulturkampf na bohaterskim narodzie polskim.</p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://radeko.files.wordpress.com/2008/08/dscf8287.jpg"><img class="size-medium wp-image-337 alignleft" src="http://radeko.wordpress.com/files/2008/08/dscf8287.jpg?w=300" alt="" width="218" height="164" /></a>Jedynym, co łączy te dwa tak niesamowicie odmienne narody, jest miłość do ogrodowych krasnali. Spodziewałem się, że polska miłość do tych stworzeń jest tylko ślepą projekcją, że wielka niemiecka kultura nie pozwoliłaby sobie na coś takiego. Jednak Niemcy, przy całej swojej powściągliwością i wyniosłości, przy całkowitym zrównoważeniu i smaku, stawiają ogrodowe krasnale przed swoimi domami. Myślę, że ambasadorami tej skomplikowanej więzi między naszymi narodami, rzecznikami  tej trudnej miłości pomieszanej z nienawiścią, są te ogrodowe krasnale, te nieżywe postaci z gatunku tych, o których nie da się powiedzieć, czy przyszły z horroru, czy wieczornej bajki dla dzieci.</p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://radeko.files.wordpress.com/2008/08/dscf8125.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-338" src="http://radeko.wordpress.com/files/2008/08/dscf8125.jpg?w=300" alt="" width="269" height="202" /></a>To, co Państwo widzą na obrazku po prawej to nie fabryka plastiku, która całkowicie nieoficjalnie zaopatrywała armię w materiały wybuchowe. Choć z daleka wygląda to jak kombinat przemysłowy, jest to coś kombinatem, ale kombinatem edukacyjnym. Tak jak niemiecka młodzież nie przykłada absolutnie żadnej wagi do stroju, stawiając na wygodę, tak Uniwersytet w Konstancji powstał nie z myślą o zaspokojeniu gustów urbanistów i architektów, ale po to, aby było sprawnie, wygodnie i efektywnie. Poruszanie się po bibliotece liczącej ponad dwa miliony woluminów nie nastręcza żadnych trudności, choć ma się czasami wrażenie, że jest się w tymczasowym, plastikowym budynku, który już dawno powinien się rozlecieć. A jednak, wszystko stoi, przechowuje megatony wiedzy, a człowieka, który tam wchodzi, ogarnia jedna, wielka, bardzo nieprzyjemna i natrętna myśl: "dlaczego ja nigdy nie przeczytam nawet jednej miliardowej części tego, co tutaj jest?".</p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://radeko.files.wordpress.com/2008/08/dscf8233.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-339" src="http://radeko.wordpress.com/files/2008/08/dscf8233.jpg?w=300" alt="" width="222" height="165" /></a>Przybysz ze Wschodu, taki jak ja, ma w takim miejscu dwa wyjścia. Może, tak jak ci gastarbeiterzy, poddać się urokowi niemieckiej kultury, za co płaci się koniecznością pogardy dla kultury własnej, ślepemu poddaniu się niemieckiej stateczności i nudzie. Może też za wszelką cenę, jak wyrzucona na brzeg ryba wierzgająca ogonem z nadzieją na powrót do wody, poszukiwać śladów, okruchów, pierwiastków rozkładu, który jest przecież wszędzie, ale w tym kraju jest go naprawdę bardzo mało. Nawet starcy ubierają się w ubrania Zary z kolekcji "Młodzież" i są nieautentycznie uśmiechnięci jak na ludzi, którym do okien puka śmierć.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[I zaczęłam leniwe, anestezjologiczne życie...]]></title>
<link>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=248</link>
<pubDate>Tue, 19 Aug 2008 14:48:59 +0000</pubDate>
<dc:creator>ryjkostwor</dc:creator>
<guid>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=248</guid>
<description><![CDATA[Po weekendzie życie zwolniło tempa, co ma swoje pozytywne implikacje między innymi w ilości wyda]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Po weekendzie życie zwolniło tempa, co ma swoje pozytywne implikacje między innymi w ilości wydawanej gotówki. Od wczoraj siedzę sobie na anestezjologii i dzień mija dość szybko, bo jak wychodzę, to już jest zwykle popołudnie i praktycznie koniec dnia (o tej porze roku o 19 jest tu już prawie ciemno). Nie przeszkadza mi to zbytnio, większość atrakcji w Bangkoku które chciałam zobaczyć, już zobaczyłam, a w tygodniu i tak nie ma jak jechać poza miasto; nie mam nic przeciwko przerzuceniu się na tajskie masaże i posiadówy w knajpkach zamiast przepychania się przez korki i gubienia w drodze od jednego do drugiego zabytku (masaż olejkiem, notabene, został już zaliczony podczas wypadu do Kanchanaburi; z tradycyjnym tajskim poczekam, aż mi się siniaki po wodospadzie Erewan wygoją:)).</p>
<p>Na anestezji zajmuje się mną Profesor Prześmiewczy (tak go będę tytułować), który ze sposobu bycia przypomina w pewien nieuchwytny sposób psora T. od matematyki z liceum (tak, tego samego od "chamskich sznurków" i "zmieńcie sobie w tym równaniu co je wymyśliłem plus na minus, bo wam głupi ułamek wyjdzie" pod koniec klasówki). Ogólnie jest mniej więcej tak, jak mi to jakiś czas temu opisywali niemieccy studenci robiący wcześniej anestezję: żadna twoja odpowiedź nie jest dobra (nawet, jeśli tak napisano w podręczniku, kto by tam wierzył podręcznikom, pft);  nic, co robisz, nie robisz poprawnie etc etc. Za dotykanie laryngoskopem zębów w czasie intubacji dostaje się po głowie. No i oczywiście zajęcia sa rozpisane od 7.30 do 16, ale chłopcy twierdzili, że w szpitalu siedzieli od 6 rano do 18; mnie też profesor wspomniał, że oddział jest otwarty od 6 rano, więc mogę przychodzic ćwiczyć na manekinach, a po zajęciach też do 18 mogę zostawać. Moją odpowiedzią było grzeczne i wysublimowane "haha" - nie wiem, w jaki to cudowny sposób mogłabym ćwiczyć np. intubację przez 1,5h non stop, mnie już po pół godziny odpada ręka i "celność" się zmniejsza przez to zmęczenie materiału, więc zdefiniowałam ten czas jako moją optymalną dzienną dawkę ;). Mimo wszystko profesor jest sympatyczny (uwielbiam takich złośliwców), jak się nie bierze zbyt poważnie jego wycieczek osobistych to w ogóle szafa gra, a i jest ciekawie, bo dużo pokazuje i udziela dobrych rad. Tak że póki co, wdrażam się w czynności anestezjologiczne, może coś się praktycznego z tego wykluje w ciągu najbliższych dwóch tygodni.</p>
<p>Wczoraj wieczorem na Khao San zahaczyłysmy o tajski klub Brick Bar, muzyka na żywo, mówili przed wejściem, zaciągnijcie się, mówili. W środku oczywiście ceglane ściany, bo nazwa zobowiązuje; wystrój taki zabawny misz-masz (czy hodgepodge, jak to mówią niektórzy ;)) - na jednej ścianie wisi jakieś poroże i rząd zabytkowych dubeltówek, na drugiej - stary gokart i rower (moze jako unikat w tym zmotoryzowanym mieście?), a na pozostałych - czarno-białe portrety. Do tego piętro stylizowane na drewniany most i z całości wyszedł przyjemny, choć nie pozbawiony pewnej kiczowatosci (taka kiczowatość wakacyjnych kurortów, jeśli ktoś łapie moje skojarzenia) miks. Zespół dał czadu - wokalistka, wokalista, klawiszowiec, gitarzysta i trzech chórkowo - puzonowych - były covery starych dobrych anglojęzycznych przebojów, a także jakieś tajskie lokalne hity, które nie przeszkadzały nam się świetnie bawić i tańczyć pod samą sceną :). Było tak, jak powinno być - letnia atmosfera, sympatyczne dźwięki, każdy utwór brzmiał "wakacyjnie". Tajowie, jak się okazało, w knajpach piją głównie whisky, z colą albo wodą; pijących piwo widziałam mało. I to zamawiają całe litrowe flachy na kilka osób - dosyć sprawnie im to schodziło; ciekawe, czy bez tego też tak chętnie  by tańczyli ;). Poza tym z ciekawostek - imprezy w knajpach kończą się między pierwszą a drugą w nocy - ot, zespół, czy inna muzyka przestaje grać, światła się zapalają, ludzie wychodzą. Ponoć są knajpy, gdzie zabawa zaczyna się dopiero po północy, ale to głównie pod turystów (bo i wstęp jest zbyt drogi dla tubylców na to, żeby bawić się częściej; zwykle koło 15-20 PLN). Z wieczoru miło też wspominam zaskoczenie cywilizacją - w środku nie mozna palić. Nie pamiętam, kiedy ostatnio po powrocie z knajpy nie śmierdziałam dymem papierosowym. Co prawda po dyskretnej woni przechodzących obok panów wracających z toalety wywnioskowałam, że mniej lub bardziej oficjalna palarnia jest tam, ale to już żadnego wpływu na zapach w samym klubie nie miało. Chcę tak u nas!</p>
<p>Niektórzy całe życie mają szczęście, a więc dziś Profesor Prześmiewczy wyjechał o 13 na jakieś wykłady, więc po przerwie obiadowej zostałam na sali operacyjnej z Tajami mówiącymi tylko po tajsku, którzy na dodatek nie czuli potrzeby zajmowania się mną, być może wychodząc z założenia pt. "poradzi sobie". Na szczeście ludzie z intensywnej terapii zapunktowali 1:0 z ginekologią i powiedzieli mi sami "profesora już dziś nie będzie, możesz iść gdzie chcesz". Bingo, i tak bym nic nie zyskała na przysłuchiwaniu się tajskim pogaduszkom i bezmyślnym patrzeniu w podłączoną aparaturę Tak więc korzystając z okazji i wczesnej pory postanowiłam pozwiedzac jeszcze trochę Bangkoku póki jasno.</p>
<p>Padło na Golden Mount i Wat Saket, świątynie położone tuż obok siebie, a także Ban Baht - Monk's Bowl Village. Ze szczytu Golden Mount można podziwiać panoramę Bangkoku, a Ban Baht nie jest wioską w pełnym tego słowa znaczeniu - to raczej zaułek, plątanina wąskich przejść między budynkami, przez które trzeba się przeciskać. Mieszkają tu rzemieślnicy wykonujący ręcznie śliczne misy wypalane w ogniu (wreszcie coś niekomercyjnego i różniącego się od kolorowego kiczu z tajskich bazarów). Przed samym wylotem na pewno skuszę się na jedną, ale nie miałam serca kupować już teraz, a potem tarabanić biedactwo po Tajlandii we wrześniu ;).</p>
[gallery]
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Opowieści tajwańskie. Cz. 25. Jak Janek zgłębiał tajniki karaoke.]]></title>
<link>http://kubastation.wordpress.com/?p=422</link>
<pubDate>Tue, 19 Aug 2008 03:59:08 +0000</pubDate>
<dc:creator>kuubaa2</dc:creator>
<guid>http://kubastation.wordpress.com/?p=422</guid>
<description><![CDATA[Pewnego razu - a było to bardzo dawno temu i nie wiadomo czy to w ogóle prawda – w dalekiej krai]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><span lang="PL">Pewnego razu - a było to bardzo dawno temu i nie wiadomo czy to w ogóle prawda – w dalekiej krainie Tajwanii, uczeń Janek postanowił zgłębić tajniki azjatyckiej kultury i wybrać się na karaoke. Oczywiście Janek jako światowiec znał ową formę rozrywki jeszcze z Europy, kilka razy uczestniczył w niej nawet aktywnie. Niemniej w Polsce, skąd wywodził się Janek, owszem lubiano śpiewać, ale bardziej w następstwie alkoholowych prywatek. Karaoke w Tajwanii było natomiast czymś więcej niż dodatkiem do alkoholu. Było narodową formą rozrywki, poważaną tak przez osoby dorosłe jak i młodzież. Było odpowiednikiem polskiego picia wódki, zagryzanej ogórkiem. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span lang="PL">Mimo że karaoke wywodziło się z Japonii, mieszkańcy Tajwanii zaadoptowali obce dziecię, darząc je miłością szczerą i bezinteresowną. Karaoke uprawiano jak Tajwania długa i szeroka - w małych miasteczkach i wioskach, w miastach dużych, większych i największych. Nie było Tajwańczyka, któremu nie zaświeciłyby się oczy na wspomnienie o karaoke. Być może śpiewaliby bez przerwy, gdyby nie praca. Tak, Tajwańczycy kochali pracę i jej owoce w postaci pieniędzy równie mocno jak karaokowe śpiewy. Praca i karaoke połączone były w istocie więzami kosmicznego porządku przeciwieństw. Gdy praca stanowiła zaciemniony element Yin, karaoke stanowiło jego dopełnienie jako jasne i ciepłe Yang. Bez karaoke życie Tajwańczyków byłoby szare i nudne. Wszak już starożytni medycy zdawali sobie sprawę z terapeutycznego znaczenia śpiewów i zalecali je chorym na melancholię. Z kolei czym byłoby karaoke bez pracy? Wiecznym karnawałem, podczas którego człowiek umarłby z wycieńczenia zabawą.</span></p>
<p class="MsoNormal"><span lang="PL">Pewnego deszczowego dnia o godzinie ósmej wieczorem Janek w towarzystwie Mafanii i Rebeki przekroczył próg szklanego budynku „Party World” na placu Ximen<span> </span>w Tajpei – prawdopodobnie najbardziej dostojnego miejsca, jeśli chodzi o karaokowe śpiewy w całej Tajwanii. W środku czekał już na nich Wen, Tajwańczyk z dziada pradziada, miłośnik polskiego Monaru, organizator całego spotkania. Wen, na codzień spokojny i wyważony, był teraz podeksyctowany i podskakujący. Wszystko było zorganizowane perfekcyjnie. Wen zarezerwował salkę do śpiewu już dzień wcześniej, każdy znawca rzeczy wiedział bowiem, że nie sposób było dostać się do Party World z marszu. Grupka na czele z Wenem podeszła do ozdobionej marmurami recepcji. Oblegała ją już rzesza młodych, podskakujących z radości Tajwańczyków. Obsługa, ubrana w białe koszule i eleganckie kamizele miała pełne ręce roboty. Co rusz kolejna grupka młodzieży wysyłana była windą do mieszczących się na piętrach salek. Wen podał numer rezerwacji. Pani w recepcji zajrzała do komputera. Potwierdziła. Podała piętro i numer salki.</span></p>
<p class="MsoNormal"><span lang="PL">Na piętrze czekała już na nich wygarniturowana obsługa. Sprawa wyglądała poważnie. Zbyt poważnie jak na zwykłe śpiewy. Piętro przypominało luksusowy hotel. Oblane przeciemnionym światłem marmury, lśniące posadzki. Labirynt pustych, wąskich korytarzy i drzwi. Jak w nawiedzonym domu. Ze wszystkich stron dobywały się przytłumione pomruki, trudno było jednak dokładnie zlokalizować ich źródło. Pustka korytarza kontrastowała ze świadomością, że w każdym z tej setki pokoi gnieździła się setka rozwrzeszczanych Tajwańczyków. I oto w przytłumionym świetle marmurów dotarła do Janka wielka tajemnica karaoke. Mieszkańcy Tajwanii na zewnątrz zmuszeni ciągle zachowywać pokerową twarz, powściągać emocje i nie podnosić głosu, w tych tłumiących dźwięki salkach mogli rozpiąć na chwilę kulturowe kołnierze i zachowując anonimowość, pokrzyczeć sobie do woli, nie narażając się na skargi sąsiadów ani groźbę publicznej utraty twarzy z powodu podnoszenia głosu. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span lang="PL">Pan w garniurze wprowadził drużynę Wena do salki. W środku w przytłumionym świetle stał stół otoczony skórzanymi kanapami. Naprzeciwko kanap ustawiono telewizor, obok niego monitor – centrum dowodzenia, do którego popodłączane były dwa mikrofony. Wen usiadł – przy monitorze. Na stole leżały księgi ze spisem piosenek. Większość z nich była po chińsku, na końcu ksiąg znajdowały się jednak piosenki po angielsku. Janek zaczął przeglądać księgę. Zaznaczył utwory: „La Bamba”, „Knockin’ on heaven’s door”, „I just call to say I love you”. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span lang="PL">Pan w garniuturze przyniósł menu. Jak na gentalmena przystało, Janek zażyczył sobie frytki i colę. Niemniej gdy pan wyszedł, Janek – aby choć trochę nadać temu miejscu elementu swojskości - wyciągnął z plecaka piwo. Tymczasem Wen wbijał już w komputer numery piosenek. Na ekranie telewizora pojawiła się młoda blond piękność rodem z zachodniego świata. W krótkiej sukience przechadzała się po pustym molo, wokół którego cumowały małe łódki. Sceneria przypominała północną Europę – niewielkie kamieniczki, dużo przestrzeni, białe chmurki na tle błękitnego nieba. Na dole ekranu pojawiły się literki. Wen rozpoczął śpiew a włosy blond piękności rozwiewał letni wiatr. Janek udał się z tego wszystkiego do toalety. Zza ścian pomieszczenia dochodziły głosy z sąsiednich pokoi. Pan w garniturze przyniósł frytki. Wen zakończył śpiew. Następna w kolejce była piosenka zamówiona przez Janka: „Losing my religion”. Tym razem na ekranie pojawiły się łabędzie. Nad brzegiem jeziora siedział młodzieniec z gitarą i przygrywał wpatrzonej w niego dziewczynie. Przy wersie: „That’s me in the corner, that’s me in the spotlight, losing my religion” ( To ja tam na rogu, to ja na światłach ulicznych, tracę swoją religię) para zaczęła radośnie biec, trzymając się za ręce. A wiatr rozwiewał im włosy. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span lang="PL">Piosenki wskakiwały na ekran. Blond piękności przechadzały się po molo. Janek pił kolejne piwo i robił się senny. Widział rozmarzone oczy Wena.<span> Rozumiał jego radość. </span>Egzotyczne europejskie obrazy towarzyszące romantycznym piosenkom były wypisz wymaluj zbiorową projekcją marzeń Tajwańczyków o dalekich, egzotycznych podróżach, o przestrzeni, o blond dziewczętach. Karaoke dawało im energię na nastepny miesiąc pracy łącznie z niedzielami.<br />
</span><span lang="PL"><br />
Pan w garniturze przyniósł rachunek. 2 tysiące dolarów tajwańskich (ok. 150 zł). Janek chciał w pierwszym momencie zaprotestować, szybko się jednak sprostował. Wiedział dobrze, że nie była to cena jedynie za salkę z podkładem muzycznym do piosenek. Płaciło się tu za magiczny, bezcenny pakiet: śpiewoterapii, spotkania towarzyskiego i filmików z blondynami w krótkich sukienkach na molo. </span></p>
<p class="MsoNormal">-----------------<br />
Zobacz również:</p>
<p class="MsoNormal"><a href="http://kubastation.wordpress.com/2008/03/28/swiat-ludzi-ryb-czy-swiat-ludzi-pawi/">Świat ludzi-ryb czy świat ludzi-pawii?</a></p>
<p class="MsoNormal"><a href="http://kubastation.wordpress.com/2008/03/06/party-world/">Party World</a><br />
------------------</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Holandia/Amsterdam]]></title>
<link>http://bartbociaga.wordpress.com/?p=36</link>
<pubDate>Mon, 18 Aug 2008 20:07:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>bartbociaga</dc:creator>
<guid>http://bartbociaga.wordpress.com/?p=36</guid>
<description><![CDATA[&#8220;Rotterdam zarabia, Haga rządzi, Amsterdam wydaje&#8221;
Rowery, kolor pomarańczowy, całkow]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><strong>"Rotterdam zarabia, Haga rządzi, Amsterdam wydaje"</strong></p>
<p style="text-align:justify;">Rowery, kolor pomarańczowy, całkowita tolerancja, Heineken! Zdecydowanie z tym kojarzyła mi się Holandia. Po tym, jak miałem okazję zwiedzać to miasto, tylko umacniam się w swoich przekonaniach. Stolica tego państwa to przede wszystkim lekko pod skosem, oparte o siebie domy,liczne kanały (z powodu których Amsterdam nazywany jest "Wenecja Północy") wąskie uliczki, na których w ciągu 5minut przejeżdża większa ilość rowerzystów niż w Katowicach w ciągu całego dnia. O wiele większa! Szacuje się, że w samym Amsterdamie jest około 500 tysięcy rowerów!<br />
 Stolica tego panstwa to tętniąca życiem metropolia chakaketryzująca się różnorodnością kulturową. W latach 70. Amsterdam stał się mekką hipisów, dzikich lokatorów z całego świata. Co roku odnotowywuje się przybycie kilku tysięcy nowych mieszkańców. <br />
W mieście tym życie trwa cały czas, nie ważne, czy jest dzień, czy jest noc! Plac Leidseplein to przede wszystkim przejeżdżający co chwila trwamwaj, miejsce ciągle trwających zakupów czyli Magna Plaza oraz niezliczona ilość turystów nad głowami których wiszą migocące neonowe reklamy. Jest to zdecydowanie serce miasta otoczone kinami, teatrami - najbardziej gwarne i ruchliwe miejsce w mieście!<br />
Zdecydowanie spokojniejsze miejsce to dzielnica Jordaan. Ciche uliczki, kubły z kwiatami sprzedawane co chwila, małe kawiarenki, małe sklepiki. Jest to zupełnie normalne - Amsterdam przyciąga przeciwieństwami. To miasto stare i nowe, spokojne i ruchliwe... Tutaj wszystko jest dozwolone!</p>
<p style="text-align:justify;">Warto zwiedzić: Begijnhof, Westertoren, Vondelpark, Jordaan, Nieuwmarkt, Nieuwe Kerk.</p>
<p style="text-align:center;"><span style="text-decoration:underline;"> ( po kliknięciu na zdjęcia otwiera się galeria zdjęć )</span></p>
<p style="text-align:center;"><a href="http://thebart.pdg.pl/galeria" target="_blank"><img class="aligncenter" src="http://www.majhost.com/gallery/thebart/zdjecia/Holandia/miniaturka.jpg" alt="Holandia" /></a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Teacher Jeff kontra Hongkong]]></title>
<link>http://kubastation.wordpress.com/?p=410</link>
<pubDate>Mon, 18 Aug 2008 07:33:19 +0000</pubDate>
<dc:creator>kuubaa2</dc:creator>
<guid>http://kubastation.wordpress.com/?p=410</guid>
<description><![CDATA[
Poniedziałek. Godz. 8.30.
Samolot linii Thai Airways do Hongkongu. Tanio i przyjmnie. Stewardessy ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoBodyText"><a href="http://kubastation.files.wordpress.com/2008/08/800px-hong_kong_skyline_restitch_-_dec_2007.jpg"><img class="alignnone size-thumbnail wp-image-413" src="http://kubastation.wordpress.com/files/2008/08/800px-hong_kong_skyline_restitch_-_dec_2007.jpg?w=128" alt="" width="128" height="55" /></a></p>
<p><span lang="EN-US">Poniedzia</span><span lang="PL">łek. Godz. 8.30.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Samolot linii Thai Airways do Hongkongu. Tanio i przyjmnie. Stewardessy podały sałatkę łososiowo-krewetkową. Nad Hongkongiem chmury.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">----</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Godz. 10.30.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Lotnisko w Hongkongu. Potężne i hipernowoczesne. Z samolotu do hali przylotów odwozi nas metro. Potem ruchome schody. Bilbordy infromujmące, że Hongkong jest współgospodarzem igrzysk olimpijskich. W kolejce do wiz Arabowie. Ciemny facet<span> </span>z brudką, za nim kobiety z pozakrywanymi twarzami. Zamieszanie. Wycieczka uczniów z Chin. Na jej czele nauczycielka z harcerską flagą. Na szyjach młodzieży pionierskie chusty. Policjant wyprowadza ich innym wyjściem. Facet w okienku wbija mi w paszport pieczątkę z dziewięćdziesięciodniową wizą. Biorę cukierka miętowego z napisem „Welcome to Hongkong”.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">------</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Godz. 11.30.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Miałem jechać do centrum autobusem. Stanie w kolejce po wizę zajęło jednak zbyt dużo czasu. Wsiadam w Airport Express za sto tutejszych dolarów (ok. 50 zł) – jak głosi ulotka: 24 minuty do stacji głównej w Hongkongu. </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">---------</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Godz. 12.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">40 piętro nowoczesnego biurowca Lippo Centre. Chung Hwa Travel Service – oficjalnie tajwańskie biuro podróży w Hongkongu, w istocie miejsce wydawania wiz na Tajwan dla obcokrajowców. W sali kilku białych – jeden z nich leciał ze mną samolotem. Okienka jak w banku. Podchodzę do jednego z nich – mówię dzień dobry, wyciągam papiery: przyjęcie do szkoły językowej, dwa paszportowe zdjęcia, wniosek wizowy, wyciąg z banku. Pani pyta kiedy chcę odebrać wizę. Odpowiadam, że jutro. Płacę 800 HKD. Pani zabiera mi paszport. Dziękuję. Przed windą Chińczycy w garniturach kłaniają się innym Chińczykom w garniturach. Na 37 piętrze zatykają mi się uszy. </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">----------</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Godz. 13. </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Wyjście A ze stacji metra Causeway Bay okazuje się być podzielone na kolejnych dziesięc podliterek. Wybieram G. Na mapie wszystko wydaje się prostsze. Najważniejsze to nie poddać się uczuciu nieporządku w sobie. Przychodzi przecież w każdym nowym miejscu, a zwłaszcza w zatłoczonych miastach Azji. Wychodzę na plac z zegarem pod wielkim centrum handlowym. Pada deszcz. Schronieni pod parasolami przechodnie patrzą na ogromny telebim z relacją z mistrzostw. Hotel znajduje się gdzieś w promieniu 500 metrów. Problem w tym, że każda uliczka wygląda tak samo. Każdy budynek jest tym samym budynkiem. </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">-----------</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Causeway Bay Guest House polecany przez przewodnik Lonely Planet. Wejście skryte w wąskiej uliczce między blokami. Dzwonię przez domofon.</span></p>
<p class="MsoList"><span lang="PL">- Halo – odzywa się głos.</span></p>
<p class="MsoList"><span lang="PL">- Dzień dobry, rezerwowałem przez internet pokój na dzisiejszą noc.</span></p>
<p class="MsoList"><span lang="PL">- Nie ma miejsc – głos w słuchawce urywa. Odkłada słuchawkę.</span></p>
<p class="MsoList"><span lang="PL">Dzwonię jeszcze raz.</span></p>
<p class="MsoList"><span lang="PL">- Halo.</span></p>
<p class="MsoList"><span lang="PL">- Dzień dobry, proszę mnie wpuścić.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Tym razem drzwi odtwierają się. Mijam faceta słuchającego radia.<span> </span>Wchodzę na pierwsze piętro. W Guest Housie babcia i dziadek. Obydwoje około 70-tki.</span></p>
<p class="MsoList"><span lang="PL">- Dzień dobry – uśmiecham się szeroko. – Rezerwowałem pokój na dziś.</span></p>
<p class="MsoList"><span lang="PL">Babcia wydaje się być zdziwiona.</span></p>
<p class="MsoList"><span lang="PL">- Rezerwował pan pokój?</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">- Rezerwowałem w internecie. Napisałem<span> </span>na adres z waszej strony internetowej i odpowiedziano mi, że moja rezerwacja została potwierdzona.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">- Tak?? – babcia spogląda na dziadka. Dziadek na babcię. </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Sprawdzam jeszcze raz adres. Zgadza się. Podsuwam babci kartkę z wydrukiem rezerwacji.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Babcia patrzy przez chwilę ze ździwieniem na wydruk, w końcu daje za wygraną. Wąskim korytarzykiem prowadzi mnie do pokoju. Mikroskopijny jak cela mnicha. Czysty. Łóżko. Szafka. Telewizor. W dziurze w ścianie łazienka. Luksus jak na standardy tanich hoteli azjatyckich.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">- 280 HKD i 50 depozytu za klucz. Płatne z góry – informuje babcia. Płacę. Babcia<span> </span>przelicza. Mlaska z zadowolenia. Robi się miła. Mówi, że w korytarzu mogę zagotować sobie wodę na herbatę.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">--------</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">W przewodniku piszą, że Hongkong to połaczenie stu pięćdziesięciu lat brytyjskich rządów i chińskiej pracowitości. Piszą, że to Nowy Jork Wschodu. Odpowiednikiem Manhatanu jest tutaj wyspa Hongkong. Twór wyjęty z opowieści science-fiction. Jeśli wylakierować by polskie blokowiska, połączyć je systemem podziemnych przejść i dobudować do dziesięciopiętrowych bloków dodatkowych trzydzieści pięter otrzymamy Hongkong. Przyroda wydaje się tutaj dodatkiem do lasu biurowców. Tak jak w gęstym lesie, trudno tu odnaleźć odrobinę przestrzeni czy dostrzec niebo. Prototypem zabudowy wyspy wydaje się być płyta główna komputera. Wszystko jest połączone. Nadziemne przejścia. Podziemne tunele. Z biurowca do centrum handlowego i z powrotem. </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">-----------</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Chronię się w McDonald’sie. Ten zapakowany do ostatniego miejsca. Na stolikach śpią faceci w garniturach.</span></p>
<p><span lang="PL">- Mc Nuggets menu proszę.</span></p>
<p><span lang="PL">- W ramach ochrony środowiska dzisiaj mamy dzień bez rurek – informuje dziewczyna w czapeczce z daszkiem w proporczykami Olimpiady w Pekinie. – Czy chce Pan rurkę?</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">- Chcę – odpowiadam.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">---------</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Dziadek pilnujący wejścia zwinął się w kłębek i zasnął przy wyscigach plywackich. Przemknąłem się niezauważalnie do swojego pokoju. Rozpakowałem krewetki z ryżem z 7/11. W TV film z Jackie Chanem. Przerwa na wiadomości. Chińczycy na czele rankingu złotych medali. Wojna w Osetii. Oskarżony o korupcję były premier Tajlandii uciekł do Wielkiej Brytanii. Pogoda. Deszcze i burze. W centrum mapy Hongkong. Na jej obrzeżach Wietnam, Filipiny, Tajwan, Chiny. Wyłączyłem telewizor. Otworzyłem okno. Metr za oknem ściana drugiego budynku.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">----------</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Dzień drugi. </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Godz. 11.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">W TV wciąż pływają. Plan dnia. Przeczekać do godz. 16-tej. Odebrać wizę i wyjechać na lotnisko. Dziadek przypomina, że doba hotelowa kończy sie o 12-tej.<span> </span>Wychodzę. Dziękuję. Wsiadam w metro. </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">----------</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Niby ci sami grzeczni Chińczycy co w Tajpei, ale inni. Nie spuszczają już nieśmiało głowy ani nie rumienią się na widok cudzoziemca. Mieli ich tu aż do 1997 roku pod dostatkiem. Płynnie mówiący po angielsku. Będący bardziej pod wpływem kultury zachodniej niż rozdarci między Chinami, Japonią i USA Tajwańczycy.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">----------</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Idę w kierunku Parku Wiktorii. Przebijam się przez strumień ludzi, coś co w Europie doświadcza się jedynie podczas imprez masowych – koncertów, pielgrzymek, pochodów. Tutaj – w Hongkongu, w Pekinie, Singapurze, Tajpei, Tokio, Manili - to standart. Nie spodziewam się wiele. Mieszkając już jakis czas w Azji wiem, że park europejski i azjatycki to dwa odrębne pojęcia. Park azjatycki, jak wszystko w Azji, kurczy się do mikroskopijnych rozmiarów i zamyka na stu metrach kwadratowych przestrzeni z drzewami i ławkami, otoczonymi przez wielkie budynki. Siadam na trybunach przy boisku. Przede mną sto metrów wolnej przestrzeni i kilka drzew. Dziwne uczucie. Czuję się jak małpa w zoo, którą wpuszczono nagle do większej klatki. </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">------------</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Kawiarnia Starbucks. Rzucam się na wolny fotel. Jestem szybszy od drobnego Chińczyka w garniturze. Przegrawszy wyścig, odchodzi bez słowa ze swoją tacką i siada przy barze. Azjaci w Starbucksie przyjmują dystyngowane, kulturalne miny angielskich gentelmanów. Zachód to kawa. Zachód to wysoka kultura. Picie kawy to kultura. W Tajpei Starbucks to swego rodzaju studencka czytelnia, zapełniona po brzegi uczącą się młodzieżą. W Europie natomiast Starbucks oskarżany jest o skupowanie kawy od rolników z Afryki czy Ameryki Pd. po zaniżonych cenach i sprzedawanie jej z kilkakrotnym przebiciem. W Wielkiej Brytanii chodzą tam tylko turyści. Mimo tego udziela mi się kulturalna atmosfera miejsca. Mam do wyboru siedzieć tutaj albo krążyć po betonowych labiryntach tego miasta. Wyciągam książkę. Sięgam po kawę americano. Facet obok zasnął wtulony w fotel. </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">Jan Wong "China" – zbiór reportaży o Chinach. Strona 14:</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span lang="PL">„<em>Protesty na Placu Tiananmen w 1989 roku zaskoczyły każdego. Tej wiosny niewielu potrafiło przewidzieć do czego doprowadzą demonstracje. Gospodarka rozpędzała się. Niemniej gdy nie musisz już liczyć każdego ziarenka ryżu w swojej misce, stajesz się mniej zwierzęciem<span> </span>a bardziej istotą ludzką. A kiedy czujesz się się bardziej istotą ludzką, chcesz być bardziej traktowany jak człowiek. Pierwsze posmakowanie Zachodu jedynie wzmogło apetyty Chińczyków. Dwie godziny po tym jak zjedli kanapki w McDonald’sie, znowu poczuli głód – tym razem wolności.</em>”</span></p>
<p class="MsoBodyText">---------------------------<br />
Zobacz takze:</p>
<p class="MsoBodyText"><a href="http://kubastation.wordpress.com/2008/03/26/hong-kong/">Zdjęcia z pierwszej wyprawy teachera Jeffa do Hongkongu<br />
</a></p>
<p class="MsoBodyText"><a href="http://kubastation.wordpress.com/2008/03/31/opowiesci-tajwanskie-teacher-jeff-zwiedza-hong-kong/">Jak Teacher Jeff zwiedzał Hongkong</a><br />
----------------------------</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Historyczno-przyrodniczy weekend]]></title>
<link>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=190</link>
<pubDate>Mon, 18 Aug 2008 05:52:40 +0000</pubDate>
<dc:creator>ryjkostwor</dc:creator>
<guid>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=190</guid>
<description><![CDATA[Weekend, weekend i po weekendzie, a działo się sporo i trochę ciekawych miejsc odwiedziłam, wię]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Weekend, weekend i po weekendzie, a działo się sporo i trochę ciekawych miejsc odwiedziłam, więc spieszę opisywać co następuje:</p>
<p>W piątek przed wyjazdem z miasta postanowiłam nadrobić zwiedzanie Bangkoku i odwiedziłam muzeum narodowe i farmę węży. Muzeum bardzo ciekawie zaplanowane, rozmieszczone w kilku budynkach, z czego większość sama w sobie stanowiła zabytek (np. czerwony dom), a tylko nieliczne były typowymi wielkimi białymi muzealnymi pomieszczeniami z eksponatami. Na zwiedzaniu zeszło mi dobrych kilka godzin, a i tak pod koniec przyspieszyłam tempo, bo i czas mnie gonił, i nogi zaczęły dawać o sobie znać.</p>
<p>Farma węży w Bangkoku została założona w 1923 roku (jest drugą najstarszą na świecie) w celu pozyskiwania surowicy przeciw ukąszeniom węży, i takiemu celowi służy po dzień dzisiejszy. Można w niej podziwiać najróżniejsze gatunki tych gadów (np. kobra królewska, niemrawiec prążkowany, żmija Russela, węże morskie), a codziennie odbywa się "dojenie" z jadu oraz pokaz węży, podczas którego prowadzący udziela w zabawny sposób ciekawych informacji na temat poszczególnych gatunków, pracownicy farmy imponują zręcznością w obchodzeniu się z wężami, a śmiałkowie mogą sobie nawet zrobić zdjęcie z gadziną (tak, oczywiście też się skusiłam). Impresje po opuszczeniu miejsca są bardzo pozytywne, w zamian za bilet (dość drogi jak na tajskie realia) dostajemy sporo fachowych informacji przedstawionych w przystępny sposób, ciekawe widowisko i trochę adrenaliny :).</p>
<p>Kolejne atrakcje to już weekendowy wypad do Kanchanaburi - i zaczęło się od trzęsienia ziemi, czyli problemów logistycznych. Z racji zwiedzania Bangkoku pojechałam tam o 1,5 h późniejszym autobusem niż reszta dziewczyn (które już były i w muzeum, i na farmie). Obiecały znaleźć pensjonat i zająć pokoje, wybrałyśmy knajpkę na spotkanie w miasteczku i szafa grała (a przynajmniej tak się nam wydawało). Po przybyciu po dość sprawnej podróży do miasteczka w umówionym miejscu nie było ani  żadnej z dziewczyn, ani wiadomości od nich. Tak więc spędziłam ponad pół godziny odganiając kelnera, że "za chwilkę złożę zamówienie, tylko czekam na znajomych, którzy się spóźniają", bluzgając na nie dające znaku życia, martwiąc się że coś im się na pewno stało, po czym wściekła zamówiłam wreszcie jedzenie i obowiązkowo piwo (tajska Singha jest naprawdę dobra :3). I oto z trzykwadransowym spóźnieniem przyszedł sms od mojej koleżanki, a za chwilę ona sama; zdziwiona, że jestem przed nimi, skoro one dopiero przyjechały do miasteczka bo stały w jakichś potężnych korkach, przez co jazda trwała ponad 4 godziny (a nie 2, tak jak moja). Naturalnie nie wysyłały mi żadnej wiadomości wnioskując, że jesli one stoją taki kawał czasu, to ja się w Kanchanaburi pojawię jeszcze później po nich. Napięcie opadło, jedzenie zostało pożarte, piwo wypite i poturlałyśmy się do Jolly Frog, czyli naszej noclegowni.</p>
<p>W sobotę zafundowałyśmy sobie wycieczkę do <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Erawan_National_Park">Erewan National Park</a>, którego największą atrakcją jest siedmiostopniowy wodospad Erewan (miejsce zarówno wypraw turystów, jak i rodzinnych pikników Tajów). Miejsce jest przepiękne - turkusowa woda i zielony las, podejście pod górę przez kolejne poziomy, a na końcu wysokie skały i wypływający z nich wodospad - nie wiadomo co robić najpierw, podziwiać te cuda natury czy chlapać się w czyściutkiej wodzie, która spływając tworzy zbiorniczki, począwszy od płytkich "do brodzenia", po małe jeziorka, w których jak najbardziej można popływać. W tych ostatnich "atrakcją" były ryby (różnej wielkości - od kilku do nawet trzydziestu kilku cm), skupiające się głównie przy brzegach i "gryzące" wchodzących i wychodzących z wody jeśli na chwilę przestawali się ruszać (a przy śliskich kamieniach było to nieuniknione); oczywiście podskubywanie przez ryby (zwłaszcza przez te wielkie bestie), skądinąd nieprzyjemne uczucie, implikowało różne podskoki i inne hołubce, więc ludzie i tak się ślizgali, wpadali na kamienie, nabijali sińce, etc. Przetestowano. Przynajmniej była motywacja do aktywnego pływania :).</p>
<p>Po wycieczce składającej się z naprzemiennych spacerków, podejść i kąpieli w wodospadzie, wróciłyśmy do Kanchanaburi i z przyrodniczego klimat zmienił się na poważno - historyczny. Odwiedziłyśmy Thailand-Burma Railway Centre i znajdujący się obok Allied War Cemetery - czyli cmentarz żołnierzy poległych przy budowie "kolei śmierci" podczas drugiej wojny światowej, a także słynny most na rzece Kwai, będący cześcią owej kolei. Muzem (nie pierwszy raz w Tajlandii) robi niesamowite wrażenie, jedna z sal jest stylizowana na wagon do transportu jeńców (naturalnej wielkości - człowiek naocznie przekonuje się w jak małych klitkach upychano po 28 mężczyzn), inna na szpital polowy; mnóstwo jest makiet, przedmiotów osobistego użytku jenców, szkiców i grafik wykonywanych przez nich, reliktów przeszłości, np. bardzo przemawiające do wyobraźni długie deski z gwoździami do podkładów powbijanymi w nie w celu zobrazowania ilości zgonów... (1 gwóźdź = 500 śmierci) Wszystko to uzupełnione szczegółowymi informacjami przez wiszące na ścianach plansze powoduje, ze człowiek czuje się lepiej wyedukowany niż przez jakikolwiek podręcznik historii. Podobnie, gdy staje się w bramie cmentarza Allied War Cemetery -  tysiące nagrobków, w większości dwudziestoparolatków - żadna z książek nigdy nie odda wagi tego wydarzenia tak, jak to jedno miejsce. I dobrze, że w muzeum można było kupić wiązankę kwiatków i złożyć na którymś z nagrobków - to chyba jedyne, co można zrobić...</p>
<p>Następnego dnia odwiedziłysmy jeszcze mniej znany cmentarz Chung Kai, znajdujący się nieco za miastem, również skrywający jeńców poległych przy budowie kolei; a także grotę - świątynię (po raz kolejny nic ciekawego, przereklamowane te groty, ot, powpychane do jaskini posągi Buddy i ołtarzyki, wszystko wygląda bardzo "na siłę").</p>
<p>I w końcu przechodzimy do ostatniego punktu wycieczki, nie mniej ciekawego niż poprzednie, czyli Tiger Temple. W zasadzie wygląda to jak zoo. Ale o ile nawet w zoo w Bangkoku klatki były (dyskretne bo dyskretne, ale ich obecność była niezaprzeczalna), o tyle tu klatek nie ma. Po prostu Arka Noego. Wokół ludzi drepczą sobie dziki, dostojnie kroczą pawie, tuptają sarnowate (na tyle oswojone, że same czasem podchodzą; dziki nadal pozostały dzikami i podejść się nie dały:)). I oczywiście królowie tego miejsca, czyli tygrysy. Ogromne, przepiękne bestie, do których po raz pierwszy w życiu mogłam podejść, przykucnąć obok, poskrobać trochę po grzbiecie (wszystko oczywiście w obecności pracowników; zdarzyły się już (nieliczne, dodajmy, wszelkie środki ostrożności są podejmowane) przypadki poturbowania turysty przez zdenerwowane zwierzę. Oprócz tego nie mniejszy entuzjazm budziły małe tygrysiątka, włażące jedno na drugie, bawiące się i piszczące, które można było poprzytulać i posmyrać bez obawy utraty smyrającej kończyny :).</p>
<p>Tyle wrażeń z weekendu, oczywiście wpis byłby niczym bez zdjęć i filmików:</p>
[gallery]
<p>Bawiący się tygrysek:</p>
<p><span style='text-align:center; display: block;'><object width='425' height='350'><param name='movie' value='http://www.youtube.com/v/5q27s1QZF0k'></param><param name='wmode' value='transparent'></param><embed src='http://www.youtube.com/v/5q27s1QZF0k&rel=0' type='application/x-shockwave-flash' wmode='transparent' width='425' height='350'></embed></object></span></p>
<p>Mnich bawiący się z tygryskiem:</p>
<p><span style='text-align:center; display: block;'><object width='425' height='350'><param name='movie' value='http://www.youtube.com/v/Pju0gHiXfuM'></param><param name='wmode' value='transparent'></param><embed src='http://www.youtube.com/v/Pju0gHiXfuM&rel=0' type='application/x-shockwave-flash' wmode='transparent' width='425' height='350'></embed></object></span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Gastarbeiter w autobusie]]></title>
<link>http://radeko.wordpress.com/?p=326</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 19:59:38 +0000</pubDate>
<dc:creator>Radek Oryszczyszyn</dc:creator>
<guid>http://radeko.wordpress.com/?p=326</guid>
<description><![CDATA[Aż się wierzyć nie chcę, że jeszcze wczoraj o świcie wyjeżdżałem z sennego Białegostoku, a]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;">Aż się wierzyć nie chcę, że jeszcze wczoraj o świcie wyjeżdżałem z sennego Białegostoku, a już dzisiaj jestem po spacerze wzdłuż Jeziora Bodeńskiego. Podróż była skomplikowana: samochodem do Kalisza, stamtąd linią PKS Turek do Wrocławia. Tam pięć godzin oczekiwania na autobus do Konstancji. Wrocław jak zwykle przyjazny i z charakterem. Piękny dworzec kolejowy łączący niemieckość i historię z wolnorynkowym rozpasaniem. Rdza niemieckiej historii kompiluje się z polskim chaosem, nieprzewidywalnością. Stare zatęchłe kamienice Śródmieścia zwilżała niewidoczna gołym okiem mżawka. Więc koniecznie rynek i koniecznie browar Spiż, dokąd schodzi się szerokimi schodami. Po prawej - wyszynk, po lewej - restauracja. Kierunek oczywisty: na prawo. Tam, za siedem pięćdziesiąt, dają jedno z lepszych świeżych piw w Polsce. Obserwuję uwjających się jak w ukropie barmanów, którzy pomimo gęstej atmosfery rozwijają z powodzeniem życie towarzyskie.</p>
<p style="text-align:justify;">Drugie miejsce, do którego nie mogłem nie wstąpić, to pokazana mi jakiś czas temu przez BK Gumowa Róża. Tak jak Białystok ma swoje Lalki, tak Lalkami Wrocławia jest ten położony w podziemiach ulicy Wita Stwosza pub. Lata świetności ma już za sobą, ale właśnie ze względu na ten nastrój upadku odwiedza się takie miejsca. Grają tam już absolutnie niemodne piosenki rockowe z późnych lat dziewięćdziesiątych, a przy barze siedzą niezrealizowani bębniarze, wokaliści po operacji krtani, gitarzyści, którym zbyt często pękały struny. I każdy z nich przypomina Lecha Janerkę.</p>
<p style="text-align:justify;">Zbliża się godzina odjazdu, więc wracam na dworzec. Niesłychanie tradycyjna przechowalnia bagażu oddaje mi mój plecak. Na peronie 3 dworca autobusowego zamieszanie. Autobus się spóźnia. Co chwilę na sąsiednie perony podjeżdżają autobusy: Kopenhaga, Rzym, Londyn, Berlin, Hamburg. Warto posiedzieć trochę na dworcu autubusowym, aby zdać sobie sprawę z tego, jak wielkie i żywiołowe są te europejskie migracje.</p>
<p style="text-align:justify;">Pasażerami tych autobusów są - nawet w sezonie wakacyjnym - przeważnie polscy robotnicy za pracą. Przekonuję się szybko o tym, że najbliższe 15 godzin będę miał okazję spędzić w towarzystwie kilkudziesięciu gastarbeiterów. Najpierw jest zapach kiszonych ogórków i testowania funkcji przydzielonych każdemu miejsc siedzących. Siedzący przede mną małżonkowie sprawdzają, do jakiego stopnia fotel się rozkłada, czy wszystkie nawiewy działają, czy światło do czytania jest odpowiednie (choć czytać raczej nie zamierzają). Trwa to mniej więcej półtorej godziny, do chwili przekroczenia granicy państwowej. Wówczas rozpoczyna się czas trwogi, bo przecież "każdy coś tam wiezie". Zatrzymuje nas patrol niemieckiej policji. Rutynowa kontrola nie kończy się nieprzyjemnościami, jednak dopiero po niej okazuje się, jak dużo mięsa i papierosów znajduje się w lukach bagażowych autobusu.</p>
<p style="text-align:justify;">Polscy gastarbeiterzy charakteryzują się ogromną fascynacją niemiecką kulturą i gospodarką oraz głęboką pogardą dla wszystkiego, co polskie. Nie ukrywają swojego pochodzenia, traktując je jako  przykry, ale niezmywalny stygmat. Starają się natomiast za wszelką cenę pokazać, że, co prawda, nie ma jak tego ukryć, jesteśmy Polakami, ale tymi, którym się udało, którzy są niejako "ambasadorami" wielkiego świata na Polskę. Polscy gastarbeiterzy wszystko co się da przeliczają na eurocenty, korzystają bez skrupułów z "gratisowej" kawy i herbaty oferowanej przez firmę transportową, jedzą przygotowane jeszcze w domu kanapki z jajkiem na twardo, uwielbiają film "Tylko mnie kochaj" i kiwają się w rytm "Wszyscy Polacy to jedna rodzina, starszy czy młodszy, chłopak czy dziewczyna". Więc Jezioro Bodeńskie zobaczyłem w końcu przy akompaniamencie disco-polo i w towarzystwie uradowanych z powodu udanego przemytu rodaków.</p>
<p style="text-align:justify;">Na szczęście autobus przyjechał na Dobelestrasse bez opóźnienia.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Budapest city :)]]></title>
<link>http://namioty.wordpress.com/?p=17</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 16:39:26 +0000</pubDate>
<dc:creator>stwor</dc:creator>
<guid>http://namioty.wordpress.com/?p=17</guid>
<description><![CDATA[Podróż zaczyna się wcześnie rano w Warszawie, mój cel to dworzec centralny, gdzie odjeżdża m]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Podróż zaczyna się wcześnie rano w Warszawie, mój cel to dworzec centralny, gdzie odjeżdża mój pociąg do słowackiego Skalite. Bilet normalny plus przejściówka międzynarodowa na odcinek Warszawa-Zwardoń-Skalite (ok. 20zł) ? kupiona w kasie międzynarodowej.</p>
<p>W Skalite przesiadka do pociągu kierującego się na Węgry, podróż piękna, ach te widoki: góry, zielono, mijamy kolejne tunele. Na granicy wymieniamy pieniądze i łapiemy autobus do miejsca docelowego - Budapesztu.</p>
<p>Na miejscu dowiadujemy się o jakieś pole namiotowe w tamtych oklicach. Miejscowi bardzo pomocni, choć nie zawsze trafnie podają drogę do celu, więc trzeba się było co chwilę pytać, gdzie mamy iść. Ok. godziny 22 docieramy, szybko rozstawiamy dwa namioty, kiedy jeszcze możemy je rozstawić :)</p>
<p>Udajemy się do miasteczka po ekiwpunek na wieczorne ognisko. Dziewczyny zbierają materiał na ognisko, a my z towarem wracamy. Po chwili mamy pięknie palące się ognisko, które rozświetla kolorowe namioty. </p>
<p>O północy kończymy, idziemy spać, trzeba zebrać siły po długiej i męczącej podróży. Jutro czas na zwiedzanie okolic.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Hong Kong 2008]]></title>
<link>http://keti.wordpress.com/?p=188</link>
<pubDate>Thu, 14 Aug 2008 19:38:32 +0000</pubDate>
<dc:creator>keti</dc:creator>
<guid>http://keti.wordpress.com/?p=188</guid>
<description><![CDATA[ 
Kiedy samolot obniżał lot nad Hong Kongiem, klasycznie nos miałam przyklejony do okna.
Widzia]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p> </p>
<p>Kiedy samolot obniżał lot nad Hong Kongiem, klasycznie nos miałam przyklejony do okna.</p>
<p>Widziałam wodę z której wystawało mnóstwo małych, skalnych wysepek.</p>
<p> <a href="http://keti.files.wordpress.com/2008/08/hk-beton.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-200" src="http://keti.wordpress.com/files/2008/08/hk-beton.jpg?w=240" alt="" width="240" height="157" /></a>Nie miałam wątpliwości, która z wysp jest moim miejscem docelowym. Oto mym oczom ukazał się obraz wyspy, która wyglądała jakby ktoś z wielką premedytacją próbował ją całą zabetonować, a proces ów był nadal w toku. Ogromne betonowe wieżowce dumnie prostowały się ku niebu, a dookoła nowo powstające budynki w towarzystwie wielu dźwigów budowlanych. </p>
<p>Poczułam ciężar wielkomiejskiej infrastruktury .</p>
<p>Betonowa dżungla - takie miałam pierwsze wrażenie. </p>
<p>Spodziewałam się również przyjemnie wysokiej temperatury, ale niestety. W lutym w Hong Kongu jest około 13-20 stopni C (z naciskiem raczej na 13 stopni), często pada i dość nieprzyjemnie zawiewa. Jeśli więc planujecie wybrać się do HK w tym okresie dobrze jest mieć cieplejsze ubrania. Nie ma też co się zbytnio stresować co ze sobą zabrać bo HK to w końcu zakupowa stolica świata.</p>
<p>Tak na marginesie i subiektywnie, jeśli naprawdę jest gorąco, a do tego jest wysoka wilgotność powietrza (np. Singapur, Bangkok) to jedyna sensowna opcja to leżenie na piaseczku w otoczeniu wodnego błękitu, ponieważ zwiedzanie lub inne aktywności turystyczne potrafią poważnie umęczyć. Człowiek dyszy, sapie przy każdym kroku i marzy żeby już się znaleźć w klimatyzowanym miejscu. Z drugiej strony to też bywa ciekawe bo zawsze można sprawdzić swoje granice, a może je nawet odrobinę poszerzyć.</p>
<p>Powracając do Hong Kongu....</p>
<p>To najszybsze, najbardziej barwne i głośne miejsce jakie dotąd widziałam.</p>
<p>Nie opuszczało mnie wrażenie, że to miasto nigdy nie zasypia, szczególnie jego najbarwniejsza dzielnica Mongkok. Ulice na tej dzielnicy były zapchane ludźmi od bardzo wczesnego ranka do późnej nocy. Można tu kupić absolutnie wszystko. Począwszy od wysokiej klasy sprzętu komputerowego, fotograficznego po najbardziej poszukiwane marki ciuchów, butów i cokolwiek jeszcze można sobie wymyślić. </p>
<p>To jest istny zakupowy raj. <a href="http://keti.files.wordpress.com/2008/08/zakupy.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-204" src="http://keti.wordpress.com/files/2008/08/zakupy.jpg?w=240" alt="" width="240" height="180" /></a></p>
<p>Związane jest to przede wszystkim z ceną, która na dobry początek jest o połowę niższa niż w Europie, a do tego zawsze można się trochę jeszcze potargować. Niestety nie ma co liczyć na duże rabaty w stosunku do ceny wyjściowej (2% - 3%), za to można zyskać dodatkową kartę pamięci czy baterię, etui do kompa czy torbę do aparatu itd. Sklepy prześcigają się w bonusach aby przyciągnąć klienta, więc warto się przejść po paru sklepach i sprawdzić ofertę. Ceny sprzętu (komputerowego i fotograficznego) w różnych sklepach są podobne, ale często sklepy organizują promocję, że danego dnia, czy w danym miesiącu jest cena 50% niższa. Dzięki temu można zakupić sprzęt w super cenie. </p>
<p>Po HK najlepiej poruszać się metrem. Można kupić kartę na pewną ilość przejazdów, a później można ją doładowywać. W każdym momencie taką kartę można oddać i otrzymać pieniądze z powrotem. </p>
<p>Przy wejściach do metra, za bramkami są stanowiska komputerowe i darmowy internet.</p>
<p>Mam znajomą, która wielokrotnie była w HK i przed wyjazdem udzieliła mi cennych wskazówek. Pamiętam, jak wspomniała, że HK to monster zakupowy i można robić zakupy bez końca, dlatego warto pobyt w HK przeplatać wypadami za „miasto”. W otoczeniu HK jest mnóstwo ciekawych wysp na których można odnaleźć trochę spokoju i odkryć magiczne miejsca. Na wyspy pływają statki, małe promy. Mogą to być wypady jednodniowe, na parę godzin lub na np. weekend. Można o wyspach i ich atrakcjach poczytać w przewodnikach i skonsultować w informacjach turystycznych na miejscu. Został mi polecony bardzo dobry punkt informacji turystycznej w <em><strong>Tsim Sha Tsui</strong></em>, gdzie obsługa mówi po angielsku i pomagają zaplanować każdą wycieczkę. Info mieści się w budynku przystani Star Ferry na końcu <em><strong>Salisbury Road</strong></em>.<br />
Nam udało się zrobić dwudniowy wypad do <em><strong>Macau</strong></em>. Przystań promów jest na przystanku <em><strong>Sheung</strong></em> <strong><em>Wan</em></strong> – jest to ostania stacja metra <em><strong>Blue Line</strong></em>. Trzeba wjechać windą na 3 piętro i tam można kupić bilety. Promy są mniej więcej co pół godziny. </p>
<p>Chińczycy powiadają, że Macau jest dla nich bardzo egzotycznym miejscem, smakiem Europy, więc mało to dla nas egzotyczne. Rzeczywiście jednak muszę przyznać, że jest to zupełnie inne miejsce niż HK. Macau było portugalską kolonią od 1513 roku, kiedy to pierwszy Portugalczyk Jorge Alvares zawinął do tamtejszego portu. Stosunkowo niedawno bo w 1999 roku Portugalia oddała Macau Chinom. </p>
<p>Większość nazw ulic, restauracji, hoteli ma nazwy portugalskie, a Chińczycy mieszkający tam znakomicie mówią w tym języku. </p>
<p>Bardzo często można się spotkać z nazwą, że Macau to chińskie Las Vegas. W mieście rzeczywiście mnóstwo jest kasyn, które błyskają światłami. Wszystko to oczywiście tchnie poważnym kiczem, ale nocą jest jak bajce w Disneya.</p>
<p>Chyba najbardziej popularnym miejscem jest <em><strong>Ruinas De Igreja De Sao</strong></em>. Są to ruiny starego kościoła <a href="http://keti.files.wordpress.com/2008/08/macau.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-206" src="http://keti.wordpress.com/files/2008/08/macau.jpg?w=240" alt="" width="240" height="180" /></a>zbudowanego w XVII wieku przez chrześcijan. Podobno jest to największy pomnik chrześcijański w Azji. W podziemiach ruin są grobowce do których można wejść.</p>
<p>Przecudownym miejscem, aby trochę odpocząć jest ogród <strong><em>Lou Lim Loc Garden</em></strong>. Cały ogród jest zaprojektowany zgodnie z regułami feng-shui. To się naprawdę czuje, drzewka bonsai różnej maści i kształtu, fontanny, kwiaty, ptaki... Naprawdę jest miło. Jeśli uda się tam pojawić wczesną porą to można spotkać lokalsów, którzy wykonują swoje codzienne ćwiczenia Tai Chi.</p>
<p>Wieczorem wybraliśmy się do polecanej w przewodniku Lonley Planet knajpki: <strong><em>Moonwalker Bar</em></strong>, całkiem miłe miejsce, ale jak byliśmy ok. godz. 22 to jeszcze nie za wiele się działo. Drinki były od serca, ale muzyka fatalna, taka dyskotekowa papka (to tak subiektywnie ponownie, bo to zależy co kto lubi)</p>
<p>Kiedy już nacieszymy się portugalskim powiewem na Macau i zaspokoimy pierwszy głód zakupowy w HK możemy przyjrzeć temu co nas otacza (poza sklepami).</p>
<p><a href="http://keti.files.wordpress.com/2008/08/the-peak.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-202" src="http://keti.wordpress.com/files/2008/08/the-peak.jpg?w=240" alt="" width="240" height="180" /></a>Dla mnie najpiękniejszym miejscem w HK jest <em><strong>The Peak</strong></em>, wspaniałe miejsca widokowe. Największy efekt jest w nocy, kiedy można zobaczyć HK tryskający kolorami i życiem. The Peak to góra na której znajdziemy różne atrakcje: muzea, restauracje, tarasy widokowe. Na szczyt możemy się dostać między innymi tramwajem, który prawie pionowo podjeżdża do góry i zjeżdża w dół, jest to naprawdę niezła frajda. Wygląda to dość karkołomnie, ale podobno ów tramwaj nigdy nie miał wypadku.</p>
<p>Drugą co do wielkości wyspą po HK w tym rejonie jest <strong><em>Lantau</em></strong>. Główną atrakcją tej wyspy jest największy, metalowy posąg Buddy na zewnątrz. Stoi na najwyższym szczycie (957 m) i góruje nad całą okolicą. Robi wrażenie. Na szczyt dostać się można kolejką linową, autobusem lub wmaszerować specjalnymi szlakami górskimi. Jak przystało na prawdziwych wyczynowców wjechaliśmy kolejką. Widoki zwaliły nas z nóg. Większość wyspy zajmuje park, góry i plaże.<a href="http://keti.wordpress.com/files/2008/08/hk2008-280.jpg"></a><a href="http://keti.wordpress.com/files/2008/08/hk2008-280.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-208" src="http://keti.wordpress.com/files/2008/08/hk2008-280.jpg?w=300" alt="" width="300" height="225" /></a></p>
<p>Aby zgłębić bardziej HK trzeba by było tam pobyć trochę dłużej. Spróbować wtopić się w jego codzienność, wyczuć rytm. Stracić choć na chwilę status turysty. Myślę, że to państwo-miato-wyspa i jego okolice ma jeszcze wiele tajemnych miejsc do odkrycia, wiele historii do opowiedzenia.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wycieczka do Reszla]]></title>
<link>http://sirencityboy.wordpress.com/?p=948</link>
<pubDate>Wed, 13 Aug 2008 19:29:22 +0000</pubDate>
<dc:creator>sirencityboy</dc:creator>
<guid>http://sirencityboy.wordpress.com/?p=948</guid>
<description><![CDATA[Uff, w końcu się z tym uporałem. Było obiecane ? Było. Jest ? Jest. Tak więc ZAPRASZAM.
]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;">Uff, w końcu się z tym uporałem. Było obiecane ? Było. Jest ? Jest. Tak więc <a href="http://sirencityboy.wordpress.com/reszel-lipiec-2008/" target="_self">ZAPRASZAM</a>.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zwiedzanie dla wytchnienia]]></title>
<link>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=174</link>
<pubDate>Wed, 13 Aug 2008 14:50:32 +0000</pubDate>
<dc:creator>ryjkostwor</dc:creator>
<guid>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=174</guid>
<description><![CDATA[Po dość intensywnym długim weekendzie nadeszła pora na przystopowanie i dobrze, bo już trochę ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Po dość intensywnym długim weekendzie nadeszła pora na przystopowanie i dobrze, bo już trochę miałam dość zwiedzania i pytania o drogę (to w szczególności). Na szczęście nie miałam specjalnych skrupułów z powodu niewykorzystywania wakacji, bo ze szpitala wyszłam po 14 - za późno na to, żeby (biorąc pod uwagę korki)  jechać do pałaców, muzeów etc., które to o 15.30 się zamykają, a jednocześnie za wcześnie na to, żeby nie wyjść nigdzie. Szybkie kartkowanie nowego przewodnika i gotowa była krótka trasa na popołudnie - cała piechotą albo skytrain'em, a więc bez korków i denerwowania się.<br />
Zaczęłam od domu <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Jim_Thompson_(designer)">Jima Thompsona</a>, który we wszystkich przewodnikach jest opisywany jako Must See. To specyficzne muzem na tle podobnych instytucji wyróżnia się kameralnością i bardzo przyjemnym ogrodem. Zwiedzanie odbywa się w grupach z anglo- lub francuskojęzycznym przewodnikiem (tajskim oczywiście, więc i tak czasem trudno go zrozumieć; może francuski był lepszy;)), a wewnątrz domu chodzi się boso (jak zresztą w większości muzeów w Tajlandii), co jest naprawde bardzo kojące dla człowieka, który dopiero co ze zgiełku kilkumilionowego miasta skręcił w cichą uliczkę.</p>
<p>Kilka stacji skytrain'em dalej i lądujemy w dzielnicy wieżowców, gdzie na rogu ruchliwego skrzyżowania, tuż przy centrach handlowych i hotelach, stoi hinduska świątynia Erawan (Sat Phra Phrom). Postawiona została w celu odwrócenia złych wydarzeń, jakoby spowodowanych rozpoczęciem budowy sąsiedniego Erawan Hotel w nieodpowiednim dniu (w Tajlandii wszystkie ważne decyzje typu: ślub, przeprowadzka, rozpoczęcie budowy etc etc, są konsultowane z astrologami, którzy wyznaczają "odpowiednią datę" wydarzenia mającą przynieść szczęście i powodzenie; jest to ogólnie praktykowane, zarówno przez przeciętnych zjadaczy chleba, jak i np. polityków). Obecnie przylgnęła do niej etykietka "spełniacza życzeń", tzn. ludzie modlą się tam w intencji życzenia, a jeśli się spełni, wracają tam ponownie i dają datek grupie tancerek w tradycyjnych strojach, które przez cały czas otwarcia świątyni dają artystyczny pokaz.</p>
<p><a href="http://lefthandedworld.wordpress.com/files/2008/08/domjima2.jpg">[gallery]<br />
</a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA["Wsiąść do pociągu byle jakiego..."]]></title>
<link>http://magnoopere.wordpress.com/?p=56</link>
<pubDate>Tue, 12 Aug 2008 19:05:50 +0000</pubDate>
<dc:creator>LaMargaritta</dc:creator>
<guid>http://magnoopere.wordpress.com/?p=56</guid>
<description><![CDATA[&#8230;Co prawda nie do pociągu, ale samolotu i to nie byle jakiego, jednak wsiadam - jutro. Szczer]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;">...Co prawda nie do pociągu, ale samolotu i to nie byle jakiego, jednak wsiadam - jutro. Szczerze mówiąc to mój pierwszy lot i troszkę się boję. Samolot to właściwie jeden z najbezpieczniejszych środków transportu, zdecydowanie bezpieczniejszy na przykład od samochodu, którym tak lubię jeździć (jako pasażer - prawa jazdy póki co nie mam), a mimo to czuję się nieswojo na myśl, że poszybuję jutro tak wysoko nad powierzchnią ziemi. W dziedzinie wszelkich kataklizmów, które mogą mnie spotkać, jestem chyba niepoprawną pesymistką, na dodatek posiadającą stopień mistrzowski.</p>
<p style="text-align:justify;">Pakowałam dziś torebkę, którą zabiorę z sobą na pokład i w pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się nad sprawą zupełnie absurdalną - czy mogę mieć przy sobie szminkę. Bo ja jestem uzależniona od szminki, co zresztą zupełnie mnie nie martwi, natomiast bardzo mnie śmieszy, chociaż przynajmniej połowę dziewczyn podejrzewam o podobny nałóg.</p>
<p style="text-align:justify;">Właściwie chciałam tylko napisać, że jutro wylatuję i nie będzie mnie do poniedziałku. Oczywiście się rozpisałam. ;)</p>
<p style="text-align:justify;">Zatem "do zobaczenia" po moim powrocie. A skąd? Z mojego wymarzonego Rzymu rzecz jasna. Na pewno będzie pięknie. :)</p>
<p style="text-align:justify;">Pozdrawiam!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Narodowy Dzień Irytacji]]></title>
<link>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=161</link>
<pubDate>Tue, 12 Aug 2008 15:55:10 +0000</pubDate>
<dc:creator>ryjkostwor</dc:creator>
<guid>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=161</guid>
<description><![CDATA[Miał być dzień wolny, święto narodowe, odpoczynek - a wyszedł dzień irytacji; no, bądźmy uc]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Miał być dzień wolny, święto narodowe, odpoczynek - a wyszedł dzień irytacji; no, bądźmy uczciwi, pierwsze dwie trzecie dnia. Na "dobry" początek głupie proxy z uniwersytetu nie chciało pozwolić na oglądanie meczu siatkówki via net - no to chyba tyle sobie pooglądałam IO i dobre rady pana Piotra D. się zmarnują. Liczę tylko na to, że jak już nasi wyjdą z grupy (spróbowaliby nie wyjść), to bedzie ich można w normalnej telewizji obejrzeć (nawet w knajpie jakiejś). Nic, trzeba się obejść smakiem, ale człowiekowi zawsze przykro jak się nastawi, a coś nie wypali.</p>
<p>Potem jak stwierdziłam, że już wyjdę pozwiedzać, to oczywiście się rozpadało. Nie taki pięciominutowy niby-deszczyk, prawdziwa ulewa. A jako że gorąco było jak zwykle, to wszystko co spadało na ziemię, natychmiast  parowało i człowiek dostawał wodą z dwóch stron. Po prostu super.</p>
<p>Oczywiście w miescie korków na urozmaicenie dnia nie mogło ich zabraknąć. Już nigdy nie powiem, że w Krakowie są korki, u nas są koreczki, korunie, a nie takie mega-korki jak tutaj. Przez godzinę pokonaliśmy niesamowitej długości odcinek, który tak na oko przeszłabym w tym czasie tam i z powrotem, a może i zaczęłabym drugie "tam". Pewnie i skończyłoby się na przejściu piechotą, ale nie chciało mi się moknąć w ulewie. Tak że gotowałam się w środku i bluzgałam sobie bezgłośnie, a czasem i szeptem; przez klimatyzację i tak niczego nie było słychać, zresztą, kto tu rozumie język polski ;).</p>
<p>Jak już wysiadłam z autobusu i zdążyłam zmoknąć po drodze do Muzeum Narodowego, to się okazało na miejscu, że dziś zamknięte (bo święto narodowe). Oczywiście jadąc tam rozważałam taką możliwość, ale po cichu liczyłam na weekendowe godziny otwarcia. Na dodatek panowie przy bramie muzeum wyglądali na bardzo rozbawionych moim widokiem (taka zmokła kura z braku parasola okutana w czerwony szal, też już przemoczony; doprawdy, nie wiem co w tym zabawnego), więc ciśnienie mi się podniosło o kolejnych kilka mm Hg i podreptałam na Khao San mamroczac, że jak z powodu deszczu kramy będą zamknięte, to już  strzelę sobie w łeb na miejscu (pytanie, z czego).</p>
<p>Na szczęście nie doceniłam potęgi handlu i turystyki; wszystko było na miejscu - i sklepik z pysznymi koktajlami owocowymi, i kramy (choć w większości pozakrywane prowizorycznie przezroczystą folią), i masa turystów. Zaczęło się też przejaśniać, więc wędrując między straganami trochę obeschłam; nabyłam też okazyjnie grubaśny przewodnik do Tajlandii, który na pewno mi się przyda w dalszych wojażach, a pyszny naleśnik z bananami całkowicie utwierdził mnie w przekonaniu, że dziś będzie już tylko lepiej.</p>
<p>Z okazji urodzin królowej nie było jakichś wielkich uroczystości (plotki o fajerwerkach też się nie potwierdziły, a szkoda). Na Khao San zahaczyłam o jakiś występ artystyczny z tej okazji, potem podziwiałam udekorowane złotymi lampkami centrum i tyle; niemniej spacerek po "starym mieście" Bangkoku był bardzo przyjemny.</p>
[gallery]
<p><span style='text-align:center; display: block;'><object width='425' height='350'><param name='movie' value='http://www.youtube.com/v/iOYgtWLGrTQ'></param><param name='wmode' value='transparent'></param><embed src='http://www.youtube.com/v/iOYgtWLGrTQ&rel=0' type='application/x-shockwave-flash' wmode='transparent' width='425' height='350'></embed></object></span></p>
<p><a href="http://lefthandedworld.wordpress.com/files/2008/08/watphrakaew.jpg"><br />
</a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Na dobry początek]]></title>
<link>http://aneya.wordpress.com/?p=7</link>
<pubDate>Tue, 12 Aug 2008 15:33:38 +0000</pubDate>
<dc:creator>aniiya</dc:creator>
<guid>http://aneya.wordpress.com/?p=7</guid>
<description><![CDATA[Początek czegoś nowego, to koniec czegoś starego.
Czuję taką potrzebę, żeby tam wrócić, że]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Początek czegoś nowego, to koniec czegoś starego.</p>
<p>Czuję taką potrzebę, żeby tam wrócić, żeby ten morski wiatr muskał moje ciało, żeby słońce je pieściło. Chcę tam wrócić i zostać. Już tydzień, ponad tydzień i tęsknota jest coraz większa. Powrót do szarej rzeczywistości, koniec sielskiego życia - po co mi to? Ale wiem, że skoro jestem już tutaj, to trzeba to wykorzystać. Czas na zmiany. W piątek spotkanie z Blondii. Oby odmieniło moje przyjacielskie życie.</p>
<p><img class="alignnone" src="http://www.majhost.com/gallery/hityna/Foto/dsc05781.jpg" alt="" width="480" height="360" /></p>
<p><!--more--></p>
<p><img class="alignnone" src="http://www.majhost.com/gallery/hityna/Foto/_mg_5030.jpg" alt="" width="480" height="320" /></p>
<p><img class="alignnone" src="http://www.majhost.com/gallery/hityna/Foto/_mg_5081.jpg" alt="" width="480" height="320" /></p>
<p><img class="alignnone" src="http://www.majhost.com/gallery/hityna/Foto/_mg_5783.jpg" alt="" width="480" height="320" /></p>
<p><img class="alignnone" src="http://www.majhost.com/gallery/hityna/Foto/_mg_5477.jpg" alt="" width="480" height="320" /></p>
<p><img class="alignnone" src="http://www.majhost.com/gallery/hityna/Foto/_mg_5392.jpg" alt="" width="480" height="320" /></p>
<p><img class="alignnone" src="http://www.majhost.com/gallery/hityna/Foto/dsc05881.jpg" alt="" width="360" height="480" /></p>
<p><img class="alignnone" src="http://www.majhost.com/gallery/hityna/Foto/_mg_5302.jpg" alt="" width="480" height="320" /></p>
<p><img class="alignnone" src="http://www.majhost.com/gallery/hityna/Foto/_mg_5246.jpg" alt="" width="480" height="320" /></p>
<p><img class="alignnone" src="http://www.majhost.com/gallery/hityna/Foto/_mg_5734.jpg" alt="" width="320" height="479" /></p>
<p><img class="alignnone" src="http://www.majhost.com/gallery/hityna/Foto/_mg_4999.jpg" alt="" width="480" height="320" /></p>
<p><em>Poczekaj na mnie rok. Wrócę...</em></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Weekendowa wycieczka]]></title>
<link>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=136</link>
<pubDate>Mon, 11 Aug 2008 18:19:43 +0000</pubDate>
<dc:creator>ryjkostwor</dc:creator>
<guid>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=136</guid>
<description><![CDATA[Z okazji długiego weekendu (we wtorek święto narodowe - urodziny królowej Sirikit, obchodzone r]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Z okazji długiego weekendu (we wtorek święto narodowe - urodziny królowej Sirikit, obchodzone równiez jako Dzień Matki) "urwało" nam poniedziałkowe zajęcia w szpitalu, w związku z czym na te dni zaplanowałysmy (razem z Austriaczkami z pokoju obok w akademiku) dłuższą wycieczkę. Początkowe plany zostały nieco zmodyfikowane i część z nich przełożono na weekend przyszły, ale całkiem sporo udało się zobaczyć. W kolejności zwiedzania były to: Ayutthaya, pływający targ i Phetchaburi.</p>
<p>Ayutthaya, dawna stolica Tajlandii, jest cała usiana ruinami starego miasta, które wizualnie robią ogromne wrażenie. Ponieważ powierzchnia, na której są rozmieszczone, jest dosć spora, najbardziej opłacalną czasowo i finansowo opcją jest wynajęcie roweru (30 BHT czyli ok. 2 PLN za cały dzień) i pedałowanie po całym mieście w poszukiwaniu co ciekawszych zakątków. Jako że w dzień w Tajlandii bywa tzw. "lampa", po południu (mimo kilkukrotnego smarowania się kremami z wysokim filtrem) zaczęłam już przyjmować barwy wojenne (róż, czerwień, te sprawy; na szczescie faktor 30 sprawił, że wszystko ładnie zaczęło brązowieć zamiast złazić jak z węża i boleć). Noc spędziłysmy w pensjonacie  "Tony's Place", który zdobył moja ogromną sympatię ze względu na przytulność, niskie ceny, pyszny smażony ryż z ananasem i orzechami nerkowca, a także jogurtowe koktajle z owoców tropikalnych. Aha, i obsługa mówiła po angielsku, co - patrząc wstecz na ten weekend - jest jednak rzeczą o tyle miłą, co rzadko spotykaną niestety.</p>
<p>Następnie powrót do Bangkoku i wyprawa stamtąd do Damnoen Saduak (niestety, tzw. pipidówki mają w bardzo słabym stopniu rozwiniętą komunikację między sobą i nie dało się tam pojechac bezpośrednio z Ayutthai; jedyną opcją była wycieczka organizowana przez pensjonat, która kosztowała tak ze dwa razy tyle, co nasza podróż przez Bangkok - takie wycieczki w różne miejsca są na porządku dziennym i jak ktoś nie chce się użerać samemu z organizowaniem wyprawy to może skorzystać, finansowo oczywiście trochę mniej;)). W Damnoen Saduak przenocowałyśmy w hoteliku Noknoi, wygladającym co prawda jak socjalistyczne uzdrowisko, ale z czystymi i sporymi pokojami (niestety dla mnie trochę zbyt mało przewiewnymi), a wcześnie rano w poniedziałek wynajętą łódką popływałysmy po "pływającym targu" (Floating Market), z którego miejscowość słynie. Niestety, łącze w pobliskiej kafejce okazało się być zbyt słabe, by umożliwić oglądanie niedzielnego meczu siatkówki Polska - Niemcy (krwi!), ale dzięki prywatnemu sportowemu serwisowi smsowemu udało się stworzyć namiastkę meczu, za co jeszcze raz dziękuję :*.</p>
<p>W końcu po długim czasie (pisałam coś o komunikacji między pipidówkami?) dotarłyśmy (już bez Austriaczek, są raczej typem "niedzielnych turystek" i wymiękają przy dłuższych lub bardziej męczących wyprawach) do Phetchaburi, gdzie zwiedziłyśmy jaskiniową świątynię (wbrew interesującej nazwie, nic ciekawego), park historyczny Khao Wang i najciekawsze świątynie.</p>
<p>Z uwag osobistych: o języku angielskim pisałam już wyżej, ale temat nie został wyczerpany. Nie wierzcie żadnym przewodnikom turystycznym, w których jest napisane, że angielski jest ogólnie rozumiany w Tajlandii. Kłamstwo! Może tak jest w Bangkoku (w większości), ale na prowincji bardzo trudno spotkać taką osobę; zazwyczaj jest to policjant z informacji turystycznej (sic! - z drugiej strony w Tajlandii nikt i tak nie przestrzega przepisów ruchu drogowego, więc muszą się zająć czymś innym;)) albo jakiś młody człowiek w wieku licealno - studenckim. Ja po trzech dniach na prowincji pod koniec już przestałam się odzywać do jakichkolwiek tubylców, bo miałam dość głupkowatych spojrzeń i czegoś w rodzaju "He?" kiedy pytam po angielsku o drogę.</p>
<p>Po drugie - ja wiem, że jest pora deszczowa, low season i te sprawy, ale chęć niektórych Tajów do naciągnięcia turystów wzbudziła we mnie w pewnym momencie takie obrzydzenie, że miałam ochotę użyć wobec tychże delikwentów gestów uznanych ogólnie za obraźliwe. Przykład- jedziemy autobusem do Damnoen Saduak, pani sprzedająca pieniądze pyta gdzie jedziemy. Tu i tu. Aha, to ja was wysadzę pod łodziami, żebyście nie miały problemu z trafieniem. Super super, my się już rozpływamy jakie to kobieta ma dobre serce, faktycznie wysadza nas na przystani, przybiega facet i zaczyna nawijać ze nam wynajmie na jutro rano łódź, jedyne 200 BHT od osoby, a dziś 200 BHT razem za rezerwację łodzi. Mi coś już śmierdzi, czytałam w przewodniku, że za całą łódź biorą 300 BHT, a tu się od nas 1000 próbuje wydębić. Gość nieco nachalny, więc stwierdzamy z dziewczynami, że poszukamy łodzi na innej przystani - i magia, cena w cudowny sposób spada do 150 BHT za osobę i nie trzeba płacić rezerwacji. Czary mary? Jeszcze lepiej jest następnego dnia rano. Dochodzimy do przystani, a wyskakuje inny facet (zmiennik zapewne) i zaczyna gadkę jak to on nam wynajmie łódź... 300 BHT za całość. I tak faktycznie płacimy tyle, co w przewodniku, ale czuję niesmak po tych ich machlojach. Ta pani z autobusu to też pewnie jakas rodzina :P. Może u nas w kraju jest zdzierstwo turystyczne, ale nikt nie robi chyba (chyba, piszę) takich przekrętów. Aha, czwórka obcokrajowców, która zameldowała się w hotelu chwilę po nas, dała się namówić na wycieczkę na pływający targ organizowaną przez hotel - jedyne 250 BHT od osoby...</p>
<p>To samo jest z zaczepianiem, stale ktoś nam oferuje taksówkę, tuk-tuk (to też taksówka, tylko ma postać mini-mini ciężarówki, która przewozi turystów "na pace"), jedzenie, picie... argh, domyślam się że każdy chce zarobić na kasiastych Europejczykach którzy śpią na ojro (:P), ale takie zachowania są na dłuższą metę nie do zniesienia (zwłaszcza gdy siedzisz na dworcu czekając na pociąg przez pół godziny i jakiś uparciuch przez te pół godziny woła do ciebie "you, you" i próbuje wcisnąć (sprzedać) worek ogórków. Panie, na cholerę mi ten wór?;)).</p>
<p>Oczywiście nie znaczy to, że Tajowie są źli, po prostu przeciętnego Europejczyka na dłuższą metę taka usłużno-nachalna mentalność może denerwować, a oni pewnie mają taki sposób bycia, otwarty i bezpośredni. Plus tego jest taki, że jak pytasz o drogę, to nie dość że się zleci z pięć osób, to jeszcze zawsze znajdzie się ktoś, kto Cię do tego miejsca zaprowadzi, nawet jeśli jest kilometr dalej. Tak że ogólnie pozytywnie; oszuści zdarzają się wszędzie, a dla doświadczonych turystów (ha, pochlebiam sobie;)) Taja-oszusta nie jest zbyt trudno rozpoznać, a jeszcze łatwiej postawić i tak na swoim.</p>
<p>Tradycyjnie fotki z weekendu i filmiki:</p>
[gallery]
<p>Tony's Place:</p>
<p><span style='text-align:center; display: block;'><object width='425' height='350'><param name='movie' value='http://www.youtube.com/v/D07GghGWuoQ'></param><param name='wmode' value='transparent'></param><embed src='http://www.youtube.com/v/D07GghGWuoQ&rel=0' type='application/x-shockwave-flash' wmode='transparent' width='425' height='350'></embed></object></span></p>
<p>Jak się płynie łódką po prostej:</p>
<p><span style='text-align:center; display: block;'><object width='425' height='350'><param name='movie' value='http://www.youtube.com/v/4jhsAAhxWIA'></param><param name='wmode' value='transparent'></param><embed src='http://www.youtube.com/v/4jhsAAhxWIA&rel=0' type='application/x-shockwave-flash' wmode='transparent' width='425' height='350'></embed></object></span></p>
<p>I bonus - wieczorna jazda autobusem po Bangkoku (nieklimatyzowanym oczywiście), przystanek pod naszym szpitalem:</p>
<p><span style='text-align:center; display: block;'><object width='425' height='350'><param name='movie' value='http://www.youtube.com/v/5Gy0Dw0dnto'></param><param name='wmode' value='transparent'></param><embed src='http://www.youtube.com/v/5Gy0Dw0dnto&rel=0' type='application/x-shockwave-flash' wmode='transparent' width='425' height='350'></embed></object></span></p>
<p><a href="http://lefthandedworld.wordpress.com/files/2008/08/watmahathatoutside.jpg"><br />
</a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Pejzaże ...]]></title>
<link>http://joe70.wordpress.com/?p=198</link>
<pubDate>Mon, 11 Aug 2008 17:06:47 +0000</pubDate>
<dc:creator>joe70</dc:creator>
<guid>http://joe70.wordpress.com/?p=198</guid>
<description><![CDATA[Cztery kiczyz  z okolic Trogiru &#8230;




]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Cztery kiczyz ;) z okolic Trogiru ...</p>
<p><a href="http://joe70.files.wordpress.com/2008/08/zachod_3.jpg" target="_blank"><img class="alignnone size-full wp-image-199" src="http://joe70.wordpress.com/files/2008/08/zachod_3.jpg" alt="" width="445" /></a></p>
<p><a href="http://joe70.files.wordpress.com/2008/08/zachod_1.jpg" target="_blank"><img class="alignnone size-full wp-image-200" src="http://joe70.wordpress.com/files/2008/08/zachod_1.jpg" alt="" width="445" /></a></p>
<p><a href="http://joe70.files.wordpress.com/2008/08/zachod_2.jpg" target="_blank"><img class="alignnone size-full wp-image-201" src="http://joe70.wordpress.com/files/2008/08/zachod_2.jpg" alt="" width="445" /></a></p>
<p><a href="http://joe70.files.wordpress.com/2008/08/droga_slonce_hdr.jpg" target="_blank"><img class="alignnone size-full wp-image-203" src="http://joe70.wordpress.com/files/2008/08/droga_slonce_hdr.jpg" alt="" width="445" /></a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Urlop, urlop i po urlopie :).]]></title>
<link>http://tomekwojcik.wordpress.com/?p=134</link>
<pubDate>Sun, 10 Aug 2008 21:25:24 +0000</pubDate>
<dc:creator>tomekwojcik</dc:creator>
<guid>http://tomekwojcik.wordpress.com/?p=134</guid>
<description><![CDATA[Właśnie kończy się druga (i ostatnia) część mojego tegorocznego urlopu. Pora na małe podsumo]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Właśnie kończy się druga (i ostatnia) część mojego tegorocznego urlopu. Pora na małe podsumowanie.</p>
<p>Po pierwsze koncert Iron Maiden. Ludzie dopisali, pogoda też (i tu podziękowania dla mojej Kochanej Mamusi Chimerii za zaczarowanie pogody), humory były przednie, droga przebiegła całkiem fajnie... Sam koncert okazał się świetny. Maiden zagrali porywający set, pełen genialnych utworów (m.in. "Rime of The Ancient Mariner"). Byłem w młynie przez cały koncert, czyli przez dwie bite godziny. To była jatka. Podczas "Trooper'a" w zasadzie nie dotykałem nogami ziemi, ponieważ wszyscy wokół skakali. Organizator koncertu ma ogromnego plusa za zezwolenie na wniesienie własnych napojów (trzeba było tylko pozbyć się korków [my je skitraliśmy w kieszeniach]) i za ogólny luz. Na Metallice czułem się jak w klatce, na Maiden jak na koncercie :). Muzycznie Maiden mnie zniszczyli. Ten zespół lepiej brzmi live niż na płytach. Muzycy zagrali absolutnie bezbłędnie - równo, czysto, bez potknięć. Bruce Dickinson to człowiek obdarzony ogromną charyzmą, co doskonale widać w tym jak zagrzewa publiczność do zabawy. A propos. Stwierdzam, że publiczność Maiden'owa jest znacznie ostrzejsza od Metallikowej. 3/4 płyty brało czynny udział w robieniu pogo. Każdy nowy zawodnik był witany z otwartymi ramionami. Nie żałuję, że pojechałem na ten koncert. Kosztowała mnie ta impreza mnóstwo wysiłku, przywiozłem z niej kilka siniaków i obić, ale było warto :).</p>
<p>W piątek Christine (takim imieniem ochrzciłem moją nową gitarę) zagrała pierwszą próbę. Przyznam, że gra na nowym instrumencie to masakra. Niby gitara jak każda inna - ma gryf, struny, dechę... Okazuje się jednak, że to zupełnie inny świat. Piąta struna powoduje jeszcze u mnie czasami pomyłki z cyklu "zamiast A gram E", znacznie krótsza menzura sprawia że zdarza mi się zbyt daleko przesunąć rękę, mniejsza odległość pomiędzy strunami skutkuje omyłkowym szarpaniem sąsiednich strun... To wszystko to jednak są problemy związane z brakiem dostatecznego ogrania. Kilka prób i będzie OK. Pomimo tego jest świetnie. Bas sprawdził się w dość szerokim spektrum muzycznym, jakie uprawiamy, ze względu na znaczne możliwości regulacji jego brzmienia. Chłopakom z zespołu moja nowa kobieta również przypadła do gustu :).</p>
<p>Weekend, jak to zwykle weekend, zleciał szybko. Dwa razy wybyłem do kina na "Batmana" i po drugim seansie stwierdzam, że film jest całkiem fajny. Jest pomotany, przez co nie jest bezmózgi. Ma nawet przesłanie :). Efekty są fajne, ale nie są przebajerowane. Ogólnie polecam jako dobrą rozrywkę. Sobotni wypad do Skandalu również był całkiem udany. Dobre towarzystwo, dobre piwo, niezła muzyka i ogromna ilość tematów do rozmów - oto recepta na udany sobotni wieczór :).</p>
<p>Tym samym zaczęła się ostatnia godzina mojego urlopu. Jutro wracam do pracy. Cieszę się jak dziecko z tego powodu :). Nie mogę już się doczekać aż moją pustą głowę wypełnią setki myśli. Mój, zwykle rozpędzony do granic możliwości, umysł czeka na kolejny rok eksploatowania go. Spowolnienie myśli jakie dał mi urlop jest fajne, ale zdecydowanie lepiej czuję się wiedząc, że codziennie czekają na mnie nowe wyzwania. Cóż... Jestem pracoholikiem :).</p>
<p>Przede mną piękna jesień. W sobotę dowiedziałem się, że we wrześniu do Częstochowy przyjedzie zespół Artrosis. Ta wiadomość spowodowała nagłą eksplozję entuzjazmu i dobrego humoru :). Będzie się działo tej jesieni, oj będzie! Fanklub Artrosis, do którego mam przyjemność należeć, już uruchomił przedkoncertowe akcje mające na celu przygotowanie dobrej zabawy :). Jeśli czytasz te słowa to wiedz, że <b>masz być na koncercie Artrosis w Częstochowie</b>! Twoja obecność jest <b>obowiązkowa</b>!</p>
<p>Pierwszy prawdziwy urlop mojego życia wpisuję na listę tych udanych. Wypocząłem, wyszalałem się, poobijałem się, spotkałem się ze znajomymi... Ubaw po pachy :).</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zoo i przedsmak świątyń]]></title>
<link>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=100</link>
<pubDate>Fri, 08 Aug 2008 16:29:22 +0000</pubDate>
<dc:creator>ryjkostwor</dc:creator>
<guid>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=100</guid>
<description><![CDATA[Dziś na celownik poszły: ogród zoologiczny (połozony notabene rzut beretem od naszego szpitala) ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Dziś na celownik poszły: ogród zoologiczny (połozony notabene rzut beretem od naszego szpitala) czyli Dusit ZOO, oraz kilka świątyń na dobry początek.</p>
<p>ZOO w Bangkoku jest miejscem wykonanym z niesamowitym pomysłem, z wyglądu przypomina jak dla mnie wioskę w dżungli. Budynki mają "wioskowe" kształty, wszędzie pełno jest smaczków dodających realizmu, a ogrodzenia i klatki są wykonane tak dyskretnie, że sprawiają wrażenie naturalnego środowiska. Oprócz tego jest staw, po którym można popływać sobie rowerem wodnym, podziwiając przy okazji faunę i florę, a także małą świątynię. Kącik do zabawy dla dzieci i knajpki (w tym KFC) są tak sympatycznie wkomponowane w krajobraz, że zupełnie nie psują naturalności ogrodu. Niestety mapka dołączana przy wejściu okazała się być nieaktualna i pingwinów nie było. Koali też nie :(.</p>
<p>Następnie razem z koleżanką zahaczyłam o Wat Benchamabophit (The Marble Temple), czyli świątynię z "kampusem mnichów". Tajscy mnisi są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów i nie mają nic przeciwko robieniu zdjęć ani im, ani świątyni (łącznie z Buddą). Co do stroju, to ja przywdziałam całe buty i okutałam ramiona szalem, ale widziałam też kilku turystów (i turystek) w krótkich spodenkach, wyciętych bluzkach lub klapkach. Widocznie nie wszędzie obowiązują ścisłe reguły ubioru, ale mimo wszystko czuję większą swobodę zmieniając ubranie na bardziej zakryte. Wokół świątyni są małe uliczki z domkami, w których mieszkają mnisi, inne mniejsze pawiloniki, a także altanki i ławeczki nad małymi stawami. Będąc w świątyni trafiłyśmy akurat na najazd wycieczki szkolnej, więc na zdjęciach roi się od mundurków:).</p>
<p>Drugą świątynią była Wat Sutat (Great Swing) z niesamowitą wielkim posągiem Buddy (wiem wiem, jak zobaczę większe to dopiero będę pod wrażeniem).  Tam zaproszono nas nawet, żebyśmy weszły do głównej sali i sobie posiedziały. Powiem wam, to jest dopiero odstresowujące po długim męczącym dniu w mieście z nieustającymi korkami i zgiełkiem - usiąść sobie w takiej świątyni, azjatycka muzyka gra cicho gra (takie plumkanie), Budda siedzi jak siedział, ludzie wokół też siedzą sobie w wyciszeniu. Naprawdę, chyba nie ma lepszego miasta niż Bangkok na takie miejsca oderwane od rzeczywistości.</p>
<p>Na koniec obowiązkowa galeria i filmik z misiem:</p>
[gallery]
<p><span style='text-align:center; display: block;'><object width='425' height='350'><param name='movie' value='http://www.youtube.com/v/-O4a3ndvnO4'></param><param name='wmode' value='transparent'></param><embed src='http://www.youtube.com/v/-O4a3ndvnO4&rel=0' type='application/x-shockwave-flash' wmode='transparent' width='425' height='350'></embed></object></span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Khao San]]></title>
<link>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=90</link>
<pubDate>Fri, 08 Aug 2008 15:06:37 +0000</pubDate>
<dc:creator>ryjkostwor</dc:creator>
<guid>http://lefthandedworld.wordpress.com/?p=90</guid>
<description><![CDATA[Ponieważ korzystając z wolnego czasu zwiedzam Bangkok (a w weekend także okolice), nie bardzo mam]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Ponieważ korzystając z wolnego czasu zwiedzam Bangkok (a w weekend także okolice), nie bardzo mam czas na długie wpisy. Dlatego też brak treści nadrobię formą, zamieszczając zdjęcia i filmiki :).</p>
<p>Wczoraj odwiedziłam <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Khaosan_Road">Khao San</a>, słynną ulicę-bazar znaną z niskich cen i bardzo popularną wśród turystów. Wzdłuż ulicy oczywiście mnośtwo straganów i sklepików z ubraniami, biżuterią, figurkami, torebkami,  szalami, zagranicznymi książkami etc etc a także knajpki z jedzeniem.</p>
<p>Niżej kilka fotek i filmik z wycieczki (a także moich owocowych eksperymentów ciąg dalszy, czyli rambutan)</p>
[gallery]
<p><span style='text-align:center; display: block;'><object width='425' height='350'><param name='movie' value='http://www.youtube.com/v/-Aib_m4B1jE'></param><param name='wmode' value='transparent'></param><embed src='http://www.youtube.com/v/-Aib_m4B1jE&rel=0' type='application/x-shockwave-flash' wmode='transparent' width='425' height='350'></embed></object></span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[brak podróż]]></title>
<link>http://mati66.wordpress.com/?p=3</link>
<pubDate>Fri, 08 Aug 2008 15:03:09 +0000</pubDate>
<dc:creator>pnw9</dc:creator>
<guid>http://mati66.wordpress.com/?p=3</guid>
<description><![CDATA[Nie czuję się w Polsce szczęśliwy. I nie ma to wbrew pozorom związku z bandyckim rządem III RP]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Nie czuję się w Polsce szczęśliwy. I nie ma to wbrew pozorom związku z bandyckim rządem III RP, który okupuje te ziemie.</p>
<p>Jakiś czas temu poczułem, że chciałbym spędzić życie na podróżowaniu. Potem obejrzałem całe 'Boso przez świat' W. Cejrowskiego, przeczytałem jego książki i tak mi zostało.</p>
<p>Tydzień temu byłem na 9-dniowym obozie w Bułgarii. To był mój drugi pobyt za granicą, a pierwszy tak długi. Wcześniej byłem tylko na słowackim basenie.</p>
<p>Tam jakoś czułem, że żyję. Gdy wracałem, poczułem jakie to nudne, gdy wszystkie napisy są po polsku i je rozumiem. Jakie to cholernie smutne, gdy zakupy w sklepie to żadne wyzwanie, nie ma bariery językowej i związanych z tym śmiesznych sytuacji.</p>
<p>Widzę te drzewa i zwierzęta już od urodzenia, Polska mi się znudziła.</p>
<p>[koty mogą być, mam na myśli raczej komary, których nie ma w Bułgarii]</p>
<p>Kilka lat temu, gdy byłem głupim dzieciakiem, strasznie lubiłem ten swój komputer. Właściwie nie zależało mi na niczym innym, jak tylko na tym, żeby jak najdłużej przy nim siedzieć.</p>
<p>Teraz nie mam problemów z siedzeniem cały czas i dopiero widzę, jakie to bez sensu.</p>
<p>Chciałbym zwiedzić najpierw Europę Wschodnią, byłe ZSRR. Jechać w ciemno i w najgorszym razie spać pod namiotem.</p>
<p>Nie ma z kim, a myśl o samotnej podróży jednak mnie nie kręci.</p>
<p>Jeszcze niedawno zastanawiałem się, jak to będzie: czy uda mi się zarobić na jakiś fajny domek, czy uda mi się utrzymać żonę itd. Teraz jakoś mi na tym nie zależy. Fajna żona mogłaby być (albo nawet jest konieczna!), ale gdzieś razem ze mną w Ameryce Południowej.</p>
<p>Mam jeszcze trzy tygodnie wakacji i wydaje mi się, że je po prostu przepierdolę. Nawet dużo nie poimprezuję, może kilka razy, bo nie ma gdzie, bo może znam za mało osób [i może nie chcę na siłę poznawać nowych, wolę to robić raczej przy okazji].</p>
<p>Chujowy humor, smętna notka.</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
